O autorze

Anna Powers

Ukończyła krakowską ASP, pracuje w USA dla Florida Power and Light jako projektantka i konsultantka do spraw stron internetowych. Wcześniej zajmowała się projektowaniem prasowym, m.in. w „The Palm Beach Post”.

Artykuł

Artykuł ukazał się w numerze 26 (I/2008) kwartalnika 2+3D

Projektowanie graficzne

Ciężar papieru. Projektowanie gazet

Anna Powers, 21 marca 2013

Artykuł archiwalny

Co właściwie jest zadaniem projektanta gazety – zaprezentowanie treści czy nadanie formy papierowemu obiektowi, który trafi do czytelnika? Kiedy wrzuci się w Google Trends hasła news designer i newspaper designer, widać wyraźnie, że to pierwsze jest nieporównanie bardziej popularne. Istotę sprawy najtrafniej oddaje angielska nazwa profesji: page designers. Głównym przedmiotem ich troski jest architektura frontowej1 strony gazety: materiału wiodącego (lede package), zajawek pozostałych tekstów na pierwszych stronach sekcji (downpagers), ilustracji oraz rozmieszczenie tych elementów tak, żeby hierarchia informacji była dla odbiorcy czytelna już „od pierwszego wejrzenia”. Nierzadko do projektantów należy też redagowanie nagłówków, co jest o tyle dobre, że mają wtedy kontrolę nad całą prezentacją. Z drugiej strony, jako że jest to sztuka bardziej związana z dziennikarstwem niż projektowaniem, uczy się jej na studiach dziennikarskich (j‑schools) lub w szkołach komunikowania masowego. Ich adepci mają cokolwiek abstrakcyjne podejście do zagadnienia: nie patrzą na gazetę jak na fizyczny obiekt, z którym czytelnik wchodzi w określoną interakcję i z którym wiążą się pewne jego nawyki, lecz rozpatrują ją pod kątem zasad dziennikarstwa wizualnego (visual journalism2). Z tego punktu widzenia można by przyjąć, że papierowy nośnik jest jedynie chwilowym rozwiązaniem „z braku laku”, równie dobrze tę samą treść w analogicznej formie mógłby zawierać hologram albo przeźrocze z rzutnika. Na ścianach redakcji wiszą sobie, niczym plakaty, frontowe strony gazet i ładnie wyglądają – ale przecież ostatecznie nie tak będą one czytane.

Wróćmy do pytania z początku tekstu i do związanych z nim projektowych dylematów. Na przykład osławione rozpoczynanie artykułów na pierwszych stronach (jumps) – zło jakoby mniejsze i konieczne. Warto tu zaznaczyć, że w różnych krajach do kwestii tej podchodzi się w różny sposób: czasem jest „czytaj dalej…” i druga część artykułu nosi ten sam tytuł co na pierwszej stronie; czasem nagłówek nr 2 jest „skompresowaną” wersją tego z pierwszej strony. W amerykańskich gazetach powszechne jest rozwiązanie cokolwiek karkołomne: przy odsyłaczu do „dalszego ciągu”, oprócz numeru strony i sekcji, pojawia się słowo‑klucz, np. „podatki, 5a”, powtórzone na początku drugiej części („podatki, ciąg dalszy ze s. 1a”), natomiast nagłówek „dla zmylenia przeciwnika” jest zupełnie inny. Można to zrozumieć w sekcjach kulturalno‑rozrywkowych, gdzie nierzadko frontowe strony są projektowane jak małe plakaty, a tytuł, mający przyciągnąć uwagę czytelnika, jest ściśle związany z projektem graficznym. Niemniej ta sama praktyka występuje też w tradycyjnie sformatowanych sekcjach.

Zastanawia fakt, że kształci się fachowców, którzy pieczołowicie i perfekcyjnie układają na stronie każdą literkę, tak żeby czytelnik nie rozproszył się między nagłówkiem a podtytułem (a reguł jest całkiem sporo, na przykład, że osoby na zdjęciach powinny być zwrócone twarzami do środka albo że powinny spoglądać w kierunku nagłówków). Jedni hołdują tym regułom, inni wyśmiewają je jako „newsroomowe mity”: czytelnik na pewno rzuci gazetę precz i pójdzie robić co innego, jeśli twarz na fotografii będzie zwrócona nie tam, gdzie trzeba. Rzeczywiście przestrzegane, pozwalają w miarę bezpiecznie zaprojektować przyzwoitą stronicę, chociaż są przejawem cokolwiek schizofrenicznego podejścia. Z jednej strony zakłada się bowiem, że przy niewłaściwym ­ustawieniu świateł międzyliterowych (kerning) czytelnik zgubi się niczym dziecko we mgle. Z drugiej strony od tego samego czytelnika oczekuje się intelektualnej ekwilibrystyki, polegającej na jednoczesnym zapamiętaniu słowa kluczowego, numeru strony i początku urwanego w połowie zdania (to ostatnie jest najtrudniejsze, bo fragment pozbawiony kontekstu zazwyczaj brzmi bezsensownie), a następnie – odszukania na innej stronie pasującej do tej łamigłówki informacji. Zaliczywszy po drodze lekturę paginy, innych słów kluczowych, nagłówków pozostałych artykułów i półkilogramowej porcji reklam, czytelnik ląduje na miejscu, trafia na coś w rodzaju „ąść” i musi wrócić na pierwszą stronę, żeby się upewnić, o co chodziło.

Z jumps jest trochę tak, jak z demokracją: ma mnóstwo wad, ale nikt nie wymyślił dotąd niczego lepszego. Podczas dyskusji panelowej poświęconej wynikom badań ruchu gałek ocznych w trakcie czytania3 przeprowadzający eksperyment skonstatowali, że mimo iż czytelnicy generalnie deklarują, że nie lubią, gdy tekst „skacze” między stronami, to na ogół czytają podzielone w ten sposób artykuły. Więc może jednak lubią?! To optymistyczne przypuszczenie można porównać do konstatacji, że kierowcy narzekający na stanie w korkach i na czerwonych światłach, jednak nie nienawidzą ich aż tak strasznie, jakby się zdawało, bo kiedy przyjdzie co do czego, to jednak zatrzymują się i karnie czekają na wolną drogę. Można i tak. Ale przecież warto pokusić się o zaprojektowanie podziału tekstu w taki sposób, żeby przynajmniej zredukować powodowaną przez to dezorientację.

Czytelnicy gazet nie żyją na pustyni i sposób ich percepcji jest po części zdeterminowany przez rozmaite otaczające ich zjawiska, można więc spróbować zapożyczyć skuteczne rozwiązanie z innego typu publikacji. Na przykład z kalendarzy, gdzie zwykle powtarza się na następnej stronie cały tydzień, w ciągu którego nastąpiła zmiana miesiąca, tyle że już minione dni są „wyszarzone”. Dzięki temu można łatwiej ogarnąć właściwy wycinek czasu i wyraźnie widać, gdzie się zaczyna nowy okres. Podobnie można powtórzyć zaczęte na pierwszej stronie zdanie, składając je mniejszym, cieńszym krojem pisma (szare litery mogłyby być słabo czytelne). Dla ułatwienia nawigacji można wykorzystać górny margines strony, umieszczając na nim owe słowa kluczowe, tak żeby szukający ich czytelnik nie musiał przy kartkowaniu gazety lustrować całych kolumn. Zapewne jest jeszcze z tuzin innych rozwiązań. Tak czy inaczej ktoś na tyle zdeterminowany i intelektualnie sprawny, że jumps nie są dla niego wyzwaniem, poradzi sobie również z lekturą źle zaprojektowanej strony, zatem page design pozostaje po trosze sztuką dla sztuki. Można oczywiście bronić istniejącego podejścia, argumentując, że czytelnicy dawno przyzwyczaili się do dzielenia artykułów między stronami, a „plakatowe” strony to stosunkowo nowy wynalazek i że dostają te śliczności jako bonus. Ponadto mają zachęcić do lektury określonych treści, mimo że – jak zakładamy – ludziom wcale nie chce się czytać. Karkołomne zadanie.

Nie znaczy to, że składu stron nie należy pieczołowicie dopieszczać. Nieżyjący już amerykański specjalista Ed Arnold, autor książek poświęconych projektowaniu prasy, tłumaczył 4, że na co dzień nawet nie zdajemy sobie sprawy z szumu typograficznego panującego w naszym otoczeniu. Oprócz starannie edytowanych wydawnictw jest przecież jeszcze mnóstwo lepiej lub gorzej zaprojektowanych szyldów, billboardów, ulotek, opakowań, instrukcji, metek i kto wie czego jeszcze. Każdy źle złożony tekst – czytelny, choć mało ­przyjazny – stanowi kolejną kropelkę w morzu złej ­typografii, od której nie ma ucieczki. Błędnie złożony fragment pięknej strony jest zgrzytem, ale można go znaleźć i naprawić. Kiedy jest ich całe mnóstwo, żaden specjalnie się nie wyróżnia, ale wywołują ciągłą irytację, której przyczyn sobie nie uświadamiamy. Jumps i niewygoda z nimi związana wpisują się w ten obraz tandety.

Skoro już mowa o komforcie czytania, warto zwrócić uwagę na sekcje, które bodajże Ron Reason, projektant gazet, profesor Poynter Institute, określił jako „masę tekstu, na którym nie zależy nikomu… oprócz czytelników” 5 – na ogłoszenia drobne (oraz krzyżówki i łamigłówki). Patrząc na to, ile pracy, pieniędzy i czasu wykwalifikowanych projektantów poświęca się na wykonanie frontowych stron i z jaką pobłażliwością traktuje się niejednokrotnie strony z ogłoszeniami, zwróćmy uwagę na czas, jaki poświęcają im czytelnicy. Taka śliczna pierwsza strona, która operuje białą przestrzenią, dopieszczoną ilustracją i liternictwem, zawiera zazwyczaj tak niewiele tekstu, że czytelnik spędza nad nią tylko chwilę, nawet kiedy jest tak ładnai pomysłowa, że nie wiadomo, co z nią zrobić (wyrzucić szkoda, trzymać nie ma gdzie, jakość techniczna nie taka, żeby oprawić w ramkę). Zupełnie na odwrót jest z anonsami, które są dość pilnie studiowane przez część odbiorców, a tymczasem miewają irytująco nieprzejrzystą strukturę (do dziś nie pojęłam sensu kilkucyfrowych kodów, którymi w amerykańskiej prasie „dla ułatwienia” często opatruje się kategorie anonsów na kolumnach ogłoszeniowych). Projektując szablon dla ogłoszeń, warto zwrócić uwagę na kłopotliwy dla dtp‑owców drobiazg: niemożliwie długie adresy stron www, które przy źle dobranym kroju pisma i szerokości łamu często trudno im upchnąć nawet w dwóch linijkach.

 

Dopóki o projekcie gazety będą decydować niechętni jakimkolwiek zmianom redaktorzy, którzy widzą głównie treść, bo w przeciwieństwie do czytelników patrzą na gazetę „od środka”, trudno spodziewać się jakichkolwiek nowych rozwiązań. Według niektórych, sytuacja nie zmieni się aż do naturalnej śmierci papierowych gazet, która nastąpi za jakieś 15–20 lat, kiedy dzisiejsi naczelni odejdą na emerytury, a dzisiejsi czytelnicy powymierają albo przerzucą się na internet, który do tego czasu najpewniej trafi i pod najbiedniejsze strzechy. Dla wydawców to ostatni dzwonek, żeby pozyskać czytelników dla papierowych edycji: ludzi z niższych, uboższych warstw społecznych, imigrantów, młodzież i dzieci. Dwie pierwsze grupy mogą się wydawać nieatrakcyjne dla reklamodawców, ale nie uciekną tak szybko do internetu i multimediów, bo często nie mają komputera ani umiejętności jego obsługi. 50 centów za gazetę to jednakowa cena i dla żebraka, i dla milionera (przy czym tych mniej majętnych klientów jest nieporównanie więcej niż tych, którzy pod wpływem reklamy w gazecie od niechcenia kupują rezydencję za kilkanaście milionów).

Jeszcze bardziej zastanawiający jest brak oferty dla młodzieży. Można, co prawda, zaprenumerować pisemka dla dzieci – niektóre redakcje gazet wydają nawet edukacyjne periodyki, które rozprowadzają w szkołach, a na stronie zamieszczają wersję pdf do ściągnięcia (trudno o rozwiązanie mniej przyjazne dla odbiorcy), jest program „Newspapers in Education” – ale brakuje działań zmierzających do wyrobienia u dzieci nawyku w rodzaju „w środę w gazecie jest sekcja dla mnie”. Ci, którzy dwadzieścia parę lat temu z wypiekami na twarzy czekali na wtorkowy, czwartkowy lub sobotni „Świat Młodych”, doskonale wiedzą, o czym mówię. Na półkach z prasą są tylko „dorosłe” periodyki. Dzieci mają za to coraz większy wybór witryn internetowych, przeznaczonych nieraz dla zupełnych maluchów. Rzecz w tym, że w internet zaangażowanych jest wielu projektantów i duże pieniądze, z którymi nie są w stanie konkurować przeciętne płace grafików w papierowych gazetach. Wiele mniejszych pism w ogóle ogranicza się do operatora dtp albo jednego stanowiska page designer/copy editor, czyli do osoby, która potrafi wlać treść w layout, porobić nagłówki i zredagować tekst zgodnie z AP Stylebook6, ale często brakuje jej umiejętności projektowania, a tym bardziej zdolności przewidywania preferencji czytelników. A nawet gdyby je miała, to ostatnie słowo i tak należy do redaktora naczelnego, a ten często w ogóle nie rozumie, o co chodzi i po co się tym zajmować. Kiedy podczas warsztatów zorganizowanych przez Society for News Design7 Denise Reagan, konsultantka i projektantka zajmująca się projektowaniem informacji prasowych, zwróciła uwagę, że „my nie projektujemy zachowań naszych czytelników, a powinniśmy to robić”, odpowiedziała jej głucha cisza. Nic dziwnego, bo w szkołach dziennikarstwa nie ma miejsca na analizę zachowań.

Wróćmy do badań „Eyetrack”, których uczestnicy byli proszeni o czytanie gazety tak, jak to zwykli czynić na co dzień, przez maksymalnie 15 minut. W „naturalność” tego doświadczenia i rzeczywiste odzwierciedlenie codziennych zachowań mocno wątpię: nie znalazłam informacji, czy badanym udostępniono zaciszną łazienkę z wygodnym tronem – a przecież dla wielu ludzi chwila skupienia nad gazetą w świątyni dumania jest istotnym elementem porannego rytuału, nie zauważyłam również wzmianki o żółtych plastikowych kubłach na papier – a przeczytanie amerykańskiej gazety, która w 75 procentach składa się z czegoś, co się wyrzuca bez czytania, wymaga uprzedniej wycieczki do kosza na papiery. W amerykańskim domu już od progu można się zorientować czy mieszkańcy prenumerują codzienną gazetę, bo widać ją wszędzie… I trudno to ogarnąć, bo jeżeli na rozkładówce jest reklama opon, to na odwrocie po jednej stronie mamy zwykle używane samochody lub domy na sprzedaż (jak wiadomo, każdy normalny czytelnik przynajmniej raz w tygodniu kupuje samochód lub dom, więc dobrze, że co dzień ma nową porcję ofert), a po drugiej – reklamę salonu meblowego, ale tylko na ¾ kolumny. Reszta to kupony promocyjne albo kontynuacja tekstów z wcześniejszych stron, więc – fatalna sprawa – nie można od razu wyrzucić całego arkusza. Najłatwiej to obejść, rezygnując z subskrypcji i przerzucając się na wersję online, co też wielu użytkowników czyni. Nakład papierowego wydania powoli, ale nieubłaganie spada, więc wydawcy ratują budżet nietrafiającymi w swój target reklamami, które powodują, że nakład spada…

Skoro jesteśmy przy reklamach, warto zauważyć, że w związku ze zmieniającymi się realiami i dostępnością gazet niezależnie od miejsca publikacji, wydawców i projektantów czeka szereg nowych wyzwań. A do dyspozycji są strony www, czytniki kanałów rss (umożliwiające śledzenie informacji z wielu różnych źródeł i wczytywanie wyłącznie tych, które interesują użytkownika) lub technologie typu print on‑demand, dzięki którym czytelnik ma dostęp do kopii papierowego wydania z dowolnego miejsca na świecie: w określonych miejscach (np. centra konferencyjne) można je sobie wydrukować dzięki specjalnym terminalom. Nie jest to koncepcja całkiem nowa – eksperymenty z gazetami przesyłanymi telegraficznie i drukowanymi przez użytkowników za pomocą specjalnego urządzenia miały miejsce już w latach 60. ubiegłego wieku w Japonii. Okazały się przedwczesne, ale dzisiaj, kiedy już nie trzeba się zaopatrywać w odrębne urządzenia do przesłania i pobrania strony gazety z sieci, idea nabiera sensu, chociaż w praktyce dalej lekko kuleje: wydawcy coraz częściej udostępniają na witrynach internetowych pdf‑y pierwszej strony papierowego wydania (a czasem cały numer), są i usługi w rodzaju press display, gdzie na ­ekranie komputera można obejrzeć kilkaset dostępnych gazet, dokładnie w takiej postaci, w jakiej zostały złożone do druku. Czytać się tego nie da w żaden sposób, bo na ekranie można wyświetlić tylko mały wycinek tekstu, i to tak, że jest widoczny na przykład środkowy fragment trzech łamów, urwanych od góry i od dołu, a po przeskalowaniu tekst traci czytelność. W domu trudno wydrukować taką stronę w skali 1:1, czy choćby 1:0,69, a wspomniane terminale print on demand nie tak szybko pojawią się na każdym rogu ulicy. Można, co prawda, tak zaprojektować papierowe wydanie, żeby uniknąć części niewygód związanych z czytaniem go online, np. kosztem swobody składu tak ograniczać wysokość łamów, żeby mieściły się na ekranie, a na nagłówki, podtytuły i zajawki wybierać kroje pism czytelne w trybie „zmieść stronę na ekranie”. Tyle że dostępność oryginalnego wydania w dowolnym miejscu dla nikogo nie będzie stanowić priorytetu, choćby ze względu na reklamy – kogo obchodzi promocja w lokalnym hipermarkecie w innym kraju? Tymczasem takie ogłoszenia niezmiernie utrudniają czytanie, zwłaszcza gdy zajmują ¾ strony i wymuszają złożenie tekstu w coś na kształt odwróconej litery „L”. A ile radości przysparza w tym układzie takie sformatowanie nagłówka, żeby jednak zmieściły się pod nim ze cztery wiersze, że o cytatach albo zdjęciach nie wspomnę! Tu zła wiadomość dla projektantów: według badań „Eyetrack” reklamy na ¾ strony są znacznie częściej oglądane niż całostronicowe, czego zresztą łatwo się było domyślić – te drugie można od razu wywalić, jeśli tylko pozwala na to zawartość drugiej strony kartki.

Amy Gahran, specjalistka od informacji i komunikacji w mediach elektronicznych, w jednym z artykułów opublikowanych na stronie „Poynter Online” sugeruje, że przyszłość może należeć do takiej kombinacji tradycyjnych gazet z rozwiązaniem w rodzaju print on‑demand, żeby czytelnik lokalnej gazety mógł sobie wybrać określone jej sekcje, pomijając na przykład sport i oferty nieruchomości. Po wpisaniu do bazy danych swojego profilu otrzymywałby również bardziej adekwatne do jego potrzeb reklamy. Jeśli przyjąć, że w wypadku reklam taki system może zadziałać, to nie bardzo wierzę w powodzenie podobnego planu, jeśli chodzi o całą zawartość gazety. Na pozór wygląda to dość wygodnie, przypomina wybieranie tematycznych kanałów rss, ale jednak coś zostałoby stracone: na marne poszedłby cały wysiłek redaktorów, żeby skomponować taki zestaw wiadomości, jaki powinien, ich zdaniem, trafić do czytelników. Byłby to początek końca opiniotwórczej roli prasy. Jeśli czytelnik zamówi sobie tylko określoną sekcję, to będzie mniej więcej tak, jakby postanowił ignorować radio i słuchać wyłącznie muzyki z odtwarzacza: nie dotrą do niego zaskakujące i inspirujące treści, których nie był w stanie przewidzieć. W dyskusji pod artykułem Amy Gahran pada podobna wątpliwość z bardzo trafnym przykładem internetowego radia Pandora. Słuchaczowi wybierającemu tylko tę muzykę, którą dobrze zna i lubi, wkrótce zaczyna się ona nudzić. Tyle że w Pandorze można słuchać audycji skomponowanych przez innych internautów, a w wypadku gazet drukowanych na zamówienie człowiek zostaje z tym, co sobie zaprenumerował.

Zwróćmy uwagę na sytuację, w jakiej ­internet postawił gazety, jeśli chodzi o powiązania czytelnictwa z potencjalnymi dochodami z reklam. Można wyodrębnić trzy typy relacji między użytkownikami a informacją w sieci. Pierwszy to poszukiwanie ściśle określonej informacji, potrzebnej tu i teraz (słowo kluczowe how to w trendach Google bije na głowę nawet sex). Jeśli informacja jest wiarygodna, źródło nie ma większego znaczenia, ważne jest przede wszystkim to, czy jest adekwatna do pytania. Ogromny sukces reklam kontekstowych, wyświetlanych nie tylko przy wynikach wyszukiwania, ale i na stronach docelowych, świadczy o tym, jak silna jest ta tendencja. Na drugim biegunie mamy budowane latami przywiązanie czytelników do określonych tytułów i adresów stron. Bannery wykupione przez sponsorów są dobierane do profilu publikacji i jej grupy docelowej, jak w tradycyjnej prasie (z myślą o użytkownikach z pierwszej grupy wyświetlają się też Google Ads, wybierane przez algorytm na podstawie podobieństwa słów w tekście i w ogłoszeniach). Sytuacja pośrednia to funkcjonujące od paru lat, a ostatnio coraz szybciej rozwijające się social media (np. wspomniana wyżej Pandora), w których odbiorcy dokonują selekcji treści, wspomagane rozwiązaniami typu rss. Dla projektantów jest to zupełnie nowe pole działania. Standardy w tym zakresie – od interfejsów, przez zachowania czytelników, do projektowania samej informacji pod kątem wymagań użytkowników aplikacji web 2.0 – dopiero powstają8. Redakcje będą np. stawać przed wyborem: czy przedstawić materiał w postaci infografiki, czy tradycyjnego tekstu naszpikowanego słowami „przyjaznymi dla wyszukiwarek”. Opracowanie sensownego rozwiązania dla reklamodawców to osobna bajka – problem wiąże się choćby z tym, że użytkownicy korzystający z czytników omijają główną stronę publikacji, więc nie zobaczą wyświetlanych na niej reklam.

Wzrost popularności serwisów typu digg czy del.icio.us, w których ludzie promują cudze materiały, doprowadzi w końcu do walki o dochody z reklam. Warunkiem jest prawidłowe zdefiniowanie ich adresatów, bo preferencje użytkowników szatkujących treść według własnego widzimisię są zupełnie nieprzewidywalne. Redakcje gazet, jeszcze kilka miesięcy temu poszukujące głównie specjalistów od wideo i multimediów, teraz zwracają się ku specjalistom od web 2.0, social media i społeczności internetowych. Dla projektantów to niezwykła okazja, żeby spróbować – przynajmniej w zakresie relacji z użytkownikiem – przejąć pałeczkę od redaktorów i zdobyć większy wpływ na media niż kiedykolwiek dotąd.

W praktyce można dopieszczać „oczekiwany news”, jak śmierć Jana Pawła ii. Kiedy jednak na pierwsze strony trafia informacja o ludziach, którzy do tej pory byli nieznani lub mało znani (vide ofiara tygrysicy z il. 1), o wiele trudniej jest o oryginalne zdjęcia i informacje o nich. Ten problem był też omawiany na łamach „Poynter Online” przy okazji masakry w Virginia Tech (Jeremy Gilbert Newspaper Fronts: Serving History or Readers?). Wydanie specjalne „­Virginian Pilot” z 11 września (czyli w dniu ataku), które prezentuje zdjęcia z telewizji, już wszystkim znane, promując wydanie przygotowywane na następny dzień, jest klasycznym przykładem takiej „musztardy po obiedzie” i zdaje się odpowiadać na pytanie Gilberta. Mocno wątpliwe, żeby w tych sekcjach było cokolwiek, czego czytelnicy by nie wiedzieli. Jego wartość należy rozpatrywać raczej w kategoriach kronikarskich. Warto mieć tę świadomość podczas przygotowywania takiej sekcji.

W praktyce można dopieszczać „oczekiwany news”, jak śmierć Jana Pawła ii. Kiedy jednak na pierwsze strony trafia informacja o ludziach, którzy do tej pory byli nieznani lub mało znani (vide ofiara tygrysicy z il. 1), o wiele trudniej jest o oryginalne zdjęcia i informacje o nich. Ten problem był też omawiany na łamach „Poynter Online” przy okazji masakry w Virginia Tech (Jeremy Gilbert Newspaper Fronts: Serving History or Readers?). Wydanie specjalne „­Virginian Pilot” z 11 września (czyli w dniu ataku), które prezentuje zdjęcia z telewizji, już wszystkim znane, promując wydanie przygotowywane na następny dzień, jest klasycznym przykładem takiej „musztardy po obiedzie” i zdaje się odpowiadać na pytanie Gilberta. Mocno wątpliwe, żeby w tych sekcjach było cokolwiek, czego czytelnicy by nie wiedzieli. Jego wartość należy rozpatrywać raczej w kategoriach kronikarskich. Warto mieć tę świadomość podczas przygotowywania takiej sekcji.

W praktyce można dopieszczać „oczekiwany news”, jak śmierć Jana Pawła ii. Kiedy jednak na pierwsze strony trafia informacja o ludziach, którzy do tej pory byli nieznani lub mało znani (vide ofiara tygrysicy z il. 1), o wiele trudniej jest o oryginalne zdjęcia i informacje o nich. Ten problem był też omawiany na łamach „Poynter Online” przy okazji masakry w Virginia Tech (Jeremy Gilbert Newspaper Fronts: Serving History or Readers?). Wydanie specjalne „­Virginian Pilot” z 11 września (czyli w dniu ataku), które prezentuje zdjęcia z telewizji, już wszystkim znane, promując wydanie przygotowywane na następny dzień, jest klasycznym przykładem takiej „musztardy po obiedzie” i zdaje się odpowiadać na pytanie Gilberta. Mocno wątpliwe, żeby w tych sekcjach było cokolwiek, czego czytelnicy by nie wiedzieli. Jego wartość należy rozpatrywać raczej w kategoriach kronikarskich. Warto mieć tę świadomość podczas przygotowywania takiej sekcji.

Zajawka sekcji kulinarnej – zabawny przykład połączenia grafiki z tekstem, który nie byłby możliwy bez ścisłej współpracy redaktorów i grafików (All we are saying... to give peace/peas a chance. Gra słów oparta na znanej piosence Johna Lennona. Informacja zapowiadająca artykuł o groszku zestawiona jest z wiadomościami wojennymi). Jest to jedna z ostatnich stron opublikowanych przed redizajnem „Virginian Pilot”. O nowym projekcie zespołu pod kierunkiem Deborah Withey można przeczytać na blogu newsdesigner.com Take Me to the Pilot i snd.org – Virginian‑Pilot Launches Redesign.

Zajawka sekcji kulinarnej – zabawny przykład połączenia grafiki z tekstem, który nie byłby możliwy bez ścisłej współpracy redaktorów i grafików (All we are saying... to give peace/peas a chance. Gra słów oparta na znanej piosence Johna Lennona. Informacja zapowiadająca artykuł o groszku zestawiona jest z wiadomościami wojennymi). Jest to jedna z ostatnich stron opublikowanych przed redizajnem „Virginian Pilot”. O nowym projekcie zespołu pod kierunkiem Deborah Withey można przeczytać na blogu newsdesigner.com Take Me to the Pilot i snd.org – Virginian‑Pilot Launches Redesign.

Zajawka sekcji kulinarnej – zabawny przykład połączenia grafiki z tekstem, który nie byłby możliwy bez ścisłej współpracy redaktorów i grafików (All we are saying... to give peace/peas a chance. Gra słów oparta na znanej piosence Johna Lennona. Informacja zapowiadająca artykuł o groszku zestawiona jest z wiadomościami wojennymi). Jest to jedna z ostatnich stron opublikowanych przed redizajnem „Virginian Pilot”. O nowym projekcie zespołu pod kierunkiem Deborah Withey można przeczytać na blogu newsdesigner.com Take Me to the Pilot i snd.org – Virginian‑Pilot Launches Redesign.

Efektem kompromisu, do jakiego są zmuszone gazety – z jednej strony wyścig z czasem, z drugiej – konkurencja z magazynami, których cykl wydawniczy pozwala na lepsze opracowanie materiału, jest strona z „Bakersfield Californian”, anonsująca wybór kardynała Ratzingera na papieża. Alan Jacobsen określił ten styl jako „dopóki o tym nie napiszemy, to się nie wydarzyło” (czyli: elegancka strona publikująca zdjęcia i informacje znane od wczoraj, no ale cóż, nie można o tym nie napisać, a wiele więcej na razie nie wiadomo). Obok pokazujemy projekt tej samej strony, który został przygotowany przez studio BrassTacksDesign i bazuje na tych samych tekstach, ale ukazuje Ratzingera z innej perspektywy, tak by zainteresować czytelników czymś, czego o nowym papieżu nie wiedzą. Sama idea jak najbardziej słuszna, tyle że studio projektowe przygotowywało swój model, mając potencjalnie więcej czasu i danych niż składająca taki sam materiał redakcja.

Efektem kompromisu, do jakiego są zmuszone gazety – z jednej strony wyścig z czasem, z drugiej – konkurencja z magazynami, których cykl wydawniczy pozwala na lepsze opracowanie materiału, jest strona z „Bakersfield Californian”, anonsująca wybór kardynała Ratzingera na papieża. Alan Jacobsen określił ten styl jako „dopóki o tym nie napiszemy, to się nie wydarzyło” (czyli: elegancka strona publikująca zdjęcia i informacje znane od wczoraj, no ale cóż, nie można o tym nie napisać, a wiele więcej na razie nie wiadomo). Obok pokazujemy projekt tej samej strony, który został przygotowany przez studio BrassTacksDesign i bazuje na tych samych tekstach, ale ukazuje Ratzingera z innej perspektywy, tak by zainteresować czytelników czymś, czego o nowym papieżu nie wiedzą. Sama idea jak najbardziej słuszna, tyle że studio projektowe przygotowywało swój model, mając potencjalnie więcej czasu i danych niż składająca taki sam materiał redakcja.

Efektem kompromisu, do jakiego są zmuszone gazety – z jednej strony wyścig z czasem, z drugiej – konkurencja z magazynami, których cykl wydawniczy pozwala na lepsze opracowanie materiału, jest strona z „Bakersfield Californian”, anonsująca wybór kardynała Ratzingera na papieża. Alan Jacobsen określił ten styl jako „dopóki o tym nie napiszemy, to się nie wydarzyło” (czyli: elegancka strona publikująca zdjęcia i informacje znane od wczoraj, no ale cóż, nie można o tym nie napisać, a wiele więcej na razie nie wiadomo). Obok pokazujemy projekt tej samej strony, który został przygotowany przez studio BrassTacksDesign i bazuje na tych samych tekstach, ale ukazuje Ratzingera z innej perspektywy, tak by zainteresować czytelników czymś, czego o nowym papieżu nie wiedzą. Sama idea jak najbardziej słuszna, tyle że studio projektowe przygotowywało swój model, mając potencjalnie więcej czasu i danych niż składająca taki sam materiał redakcja.

Jedną z przyczyn kryzysu drukowanych gazet według Alana Jacobsena, dyrektor naczelnego BrassTacksDesign, jest zły serwis. Klienci otrzymują gazetę za późno, żeby mieć czas na jej przeczytanie (jeśli w ogóle już nie poznali najnowszych wiadomości w internecie). Postuluje on wcześniejsze puszczenie gazet do druku, ale obok widać, jakie mogą być tego konsekwencje. Frontowe kolumny kilku gazet z 27 grudnia 2007. Na dwóch z nich znalazła się tygrysica Tatiana, bohaterka wszystkich pierwszych stron w usa, która rozszarpała nastolatka w zoo. Tylko jedna (na zdjęciu) z gazet opublikowała najważniejszy news tego dnia: zabójstwo Benazir Bhutto – dzięki temu, że poszła do druku później niż inne. Nagłówki poświęcone temu wydarzeniu drukowały się na drugi dzień, kiedy już wszyscy o tym wiedzieli z innych źródeł.

Jedną z przyczyn kryzysu drukowanych gazet według Alana Jacobsena, dyrektor naczelnego BrassTacksDesign, jest zły serwis. Klienci otrzymują gazetę za późno, żeby mieć czas na jej przeczytanie (jeśli w ogóle już nie poznali najnowszych wiadomości w internecie). Postuluje on wcześniejsze puszczenie gazet do druku, ale obok widać, jakie mogą być tego konsekwencje. Frontowe kolumny kilku gazet z 27 grudnia 2007. Na dwóch z nich znalazła się tygrysica Tatiana, bohaterka wszystkich pierwszych stron w usa, która rozszarpała nastolatka w zoo. Tylko jedna (na zdjęciu) z gazet opublikowała najważniejszy news tego dnia: zabójstwo Benazir Bhutto – dzięki temu, że poszła do druku później niż inne. Nagłówki poświęcone temu wydarzeniu drukowały się na drugi dzień, kiedy już wszyscy o tym wiedzieli z innych źródeł.

Jedną z przyczyn kryzysu drukowanych gazet według Alana Jacobsena, dyrektor naczelnego BrassTacksDesign, jest zły serwis. Klienci otrzymują gazetę za późno, żeby mieć czas na jej przeczytanie (jeśli w ogóle już nie poznali najnowszych wiadomości w internecie). Postuluje on wcześniejsze puszczenie gazet do druku, ale obok widać, jakie mogą być tego konsekwencje. Frontowe kolumny kilku gazet z 27 grudnia 2007. Na dwóch z nich znalazła się tygrysica Tatiana, bohaterka wszystkich pierwszych stron w usa, która rozszarpała nastolatka w zoo. Tylko jedna (na zdjęciu) z gazet opublikowała najważniejszy news tego dnia: zabójstwo Benazir Bhutto – dzięki temu, że poszła do druku później niż inne. Nagłówki poświęcone temu wydarzeniu drukowały się na drugi dzień, kiedy już wszyscy o tym wiedzieli z innych źródeł.

 

1. Projektanci zazwyczaj zajmują się stroną A1 (front głównej sekcji) oraz pierwszymi stronami dodatków weekendowych, przygotowywanych z wyprzedzeniem (kulinaria, sport, sztuka). Zawczasu opracowują też w całości sekcje specjalne, np. z okazji śmierci Fidela Castro, uzupełniając je detalami dotyczącymi aktualnego stanu zdrowia, tak żeby w każdej chwili wkładka mogła pójść do druku.
2. Sposób prezentacji treści wykorzystujący ilustracje (infografiki, fotografie) w celu ułatwienia szybszego przyswojenia informacji.
3. „Eyetrack” – badania, przeprowadzane co kilka lat przez Poynter Institute, ostatnio – w 2007 roku, mające na celu sprawdzenie, jak oko czytającego „skanuje” stronę gazety lub portalu internetowego. Raporty można znaleźć na stronie www.poynter.org
4. Getting Back to Basic with Ed Arnold, wywiad Tony’ego Suttona z Edem Arnoldem, zamieszczony na stronie Society of News Design www.snd.org
5. Zob. ronreason.com
6. Associated Press Stylebook – biblia edytorów, zawierająca drobiazgowe wskazówki na temat składu i redakcji technicznej.
7. Warsztaty zorganizowane przez Society of News Design w Miami w listopadzie 2005 roku.
8. Ogólna nazwa portali powstałych po roku 2001, w których ważną rolę odgrywa treść generowana przez samych internautów.

Szukaj nas na Facebooku

Szukaj