O autorze

Łukasz Drgas

Historyk sztuki, od 2006 właściciel sklepu typu koncept store na warszawskiej Pradze.

www.magazynpraga.pl

Artykuł

Artykuł ukazał się w numerze 33 (IV/2009) kwartalnika 2+3D

Produkt

Co się sprzedaje w Magazynie Praga

Łukasz Drgas, 6 grudnia 2010

Prawie trzy lata temu otwierałem Magazyn Praga. Zaczęło się od przekonania, że jeśli czegoś nie ma, to należy to stworzyć. Miejsce z polskim dizajnem, powołane do jego promocji i handlu, gdzie można pokazać, że tu i teraz jest fajnie, światowo i nowocześnie, a projektanci sypną towarem i sukces gotowy. Dziś jestem mądrzejszy o doświadczenie z tych paru lat, lekko rozczarowany, a brutalna rzeczywistość każe mi zrewidować swoje poglądy. Wtedy kierowałem się niepohamowanym optymizmem, teraz – cóż, raczej czarno to widzę… Magazyn ewoluuje w kierunku sklepu z ofertą firm zagranicznych – z dizajnem europejskim, który wciąż dociera do nas w niepełnym zakresie, i da się jeszcze znaleźć luki i nisze do wypełnienia. Do polskiego dizajnu jestem zniechęcony mimo rozgłosu medialnego, jakim się ostatnio cieszy. Powiem dosadnie – rozgłosu przesadzonego i nieadekwatnego do zainteresowania przeciętnego odbiorcy. Coś podobnego przerabialiśmy niedawno z fotografią – festiwale, wystawy, analizy i artykuły o tym, jaka jest modna. A kolekcje fotografii to wciąż margines, marginesik. Z wzornictwem chyba jest łatwiej – łyżki do sałaty szybciej się sprzedadzą niż zdjęcie uznanego autora. Nie czyni z nas to jednak narodu wrażliwego na dizajn, potrzebującego go, oddychającego nim… Prędzej o polski dizajn upomni się „Wallpaper”, szybciej zauważy go „Icon”.

Ćwierć etatu dizajnera, czyli twórcza partyzantka
Jedną z podstawowych trudności jest brak towaru, który można by klientowi zaproponować. Oferty dobrej jakościowo, oryginalnej, atrakcyjnej i w odpowiedniej cenie. W Polsce uprawianie dizajnu to wciąż partyzantka. Jest parę, może paręnaście firm, które stawiają na wzornictwo. Jest bardzo rozwinięty przemysł meblarski, którego oferta urąga wszelkim kryteriom dobrego smaku. Jest paru projektantów, którzy tworząc na własny rachunek, są w stanie zaproponować gotowe produkty wykraczające jakościowo poza chałupnictwo i zapewnić ciągłość dostaw. Ale takie działanie – własna firma i poświęcenie się jej rozwojowi – bywa drogą przez mękę. Wymaga spójnej wizji tego, co i komu chce się oferować, ogromnego wkładu pracy i nakładów finansowych. Wymaga nie tylko projektów, ale i umiejętności sprzedania ich i dotarcia z nimi do klienta. Trzeba zaryzykować i pojechać na targi. Trzeba pokazać coś, co zostanie dostrzeżone wśród konkurencyjnych propozycji z całego świata, trzeba znaleźć podwykonawców i zatroszczyć się o atrakcyjną cenę. Ci, o których myślę, to rodzynki na rodzimym rynku. Puff‑buff, Malafor, Modus Design, Moho – firmy prowadzone przez niezależnych dizajnerów, którzy nie projektują dla przemysłu. Może kogoś pominąłem, niemniej jest tego bardzo mało jak na nowoczesny kraj w sercu Europy.

Tymczasem jestem zasypywany projektami, które nigdy nie zostaną wdrożone. Młodzi przychodzą, pokazują je i… tyle ich widziałem. Bo nie mają czasu; bo idą do firmy reklamowej i coś tam zrobią w weekend; bo uszyją lub ulepią coś sami w paru egzemplarzach i już czują się twórcami. A chałupnictwem świata nie zawojujemy… No i potem – niestety – tych „wyrobów własnych” klienci wcale nie chcą. Oczywiście, brak wyrobienia polskiego nabywcy to druga strona medalu. Czasem myślę, że ten system naczyń połączonych, ta zależność: projektant – producent – klient, szwankuje z obu stron. Ale to klient ostatecznie weryfikuje dokonania polskich dizajnerów. I na razie jest to weryfikacja negatywna, bo trudno sprzedać niefunkcjonalny mebel, produkt niedopracowany, przeszacowany cenowo i – powiedzmy to sobie otwarcie – często nawiązujący dość wyraźnie do czegoś, co zaproponowali już inni… Wielokrotnie rozmawiałem z projektantami, których prace chciałbym pokazać. Wielokrotnie obiecywali, że dostarczą mi gotowy produkt. Czekam. Na niektórych już ponad dwa lata… Wielokrotnie też dostawałem propozycje sprzedaży gotowych wyrobów. Niestety, szczerze mówiąc, nie były to oferty ciekawe. Szwankuje pomysł, szwankuje jakość, ale czego można się spodziewać po młodym autorze, który w tym czasie zaprojektował komuś mieszkanie, wyprodukował reklamę, zrobił pięć stron internetowych i dwukrotnie wyjeżdżał na stypendia?

Co i dlaczego się nie sprzeda
Zastanówmy się, czego szuka statystyczny klient. Można by długo na niego narzekać, ale kiedy staram się spojrzeć na rzeczywistość jego oczami, trudno mi się z jego wyrokami nie zgodzić. To jednak on ostatecznie o wszystkim decyduje – taka jest brutalna rzeczywistość. Oczywiście brak sukcesu handlowego nie zawsze oznacza, że produkt jest zły. Często jest świetny, a jednak się nie sprzedaje, bo są inne przyczyny niepowodzenia. Podstawowy problem to jakość, cena i stosunek jednej do drugiej. Projektant działający od przypadku do przypadku, od niedzieli do niedzieli, nie jest w stanie zaproponować produktu dobrego jakościowo. A w dodatku będzie on drogi. Młody człowiek opowiada mi, jakie ma koszty, ile zapłacił za materiał, ile wzięła krawcowa albo stolarz, jak mało sam na tym zarobi. A ja patrzę na oferowany przedmiot, kiwam głową i zastanawiam się nad jednym – no dobrze, ale jak dołożę marżę (bo nikt mnie nie sponsoruje) i doliczę VAT, to kto to kupi? Zwykle takich wyrobów nie kupuje nikt i po pewnym czasie oddaję je projektantowi. Minęły trzy lata od założenia Magazynu Praga, mam już pewne doświadczenie i teraz takich produktów po prostu nie przyjmuję.

Drugi problem to atrakcyjność oferty – „wstrzelenie się” z projektem w gusta odbiorców. A z tym jest raczej kiepsko. Produkty, które proponują mi młodzi projektanci, często są niefunkcjonalne, nazbyt wymyślne, jakby ich twórcy od razu chcieli zrobić rewolucję i przewrócić świat w posadach. Tymczasem na rynku brakuje ładnej, prostej i nieprzekombinowanej półki. Wiem, że w tej chwili stawiam się w pozycji mądrali, który sam nic nie robi, a krytykuje innych. Ale moim zadaniem jest pokazanie klientowi czegoś na poziomie – dobrego, funkcjonalnego, estetycznego produktu, który przy zachowaniu wymogów oryginalności i świeżości pomysłu nie będzie aspirował do miana „najwymyślniejszego przedmiotu na Ziemi”.

Czy to się da myć w zmywarce?
Najczęstszym powodem kłopotów ze sprzedażą produktu jest wygórowana cena. Oczywiście, drogi czy tani, to rzecz względna, ale kiedy przedmiot „ma swoją cenę”, a przy tym zaskakuje wysoką jakością czy niepowtarzalnością, to okazuje się, że klient jest w stanie sięgnąć do portfela. Mówiąc więc „za drogi”, mam na myśli produkty, których cena nie znajduje odzwierciedlenia w jakości. Polski klient jest nader praktyczny, nie mają więc większych szans przedmioty, które do niczego nie służą. Jeśli wartość dekoracyjna zdecydowanie góruje nad użytkową, szanse na sprzedaż maleją. Ideałem jest tu pewna równowaga. Miska musi się nadawać do trzymania jabłek lub sałaty. Dla rodaka miska nie jest wyrobem, który ma zdobić; ona ma służyć. Przedmiot musi być trwały i wygodny w użyciu.

Ciągle spotykam się z tymi samymi pytaniami i mam na nie oficjalne odpowiedzi, które wygłaszam. Przemilczam przy tym cisnące się na usta komentarze. Klienci pytają np. o możliwość zmywania w zmywarce. A mnie jakoś trudno wyobrazić sobie, by potraktować w ten sposób wazon Aalto lub misę Muuto. Nie odważę się jednak zapytać klienta, czy garnitur, kaszmirowy sweter lub jedwabny krawat wrzuca do pralki. Owa praktyczność nabywców, a także to, co oferuje masowy rynek, sprawiają, iż niektóre działy dizajnu niejako z góry skazane są na niepowodzenie. Przykładem może być szkło. Jeśli klient chce wkładać je do zmywarki i traktować przede wszystkim użytkowo – trudno mu będzie wydać kilkadziesiąt złotych na ręcznie robione szklanki. Pójdzie raczej do sklepu oferującego tanie wyroby masowe, a jak szklanka się zbije – zmiecie ją do kosza i po kłopocie. Czynników jest wiele – nie sprzedają się serwisy, bo kto teraz podejmuje w domu obiadem ciocię i wujka? Nie sprzedają się świeczniki i kandelabry – niezbyt częsty dziś element dekoracyjny czy użytkowy w polskich mieszkaniach. Jedyny przebój – świecznik Little Joseph Qubusa – jest przedmiotem raczej surrealistyczno‑abstrakcyjnym i właśnie jako taki znajduje nabywców. To wyjątek potwierdzający regułę. Wydaje mi się, że owa do bólu posunięta praktyczność Polaków pokazuje, jak traktują, czy raczej – jak nie traktują oni dizajnu. Nie uważają go więc za sztukę użytkową, nie traktują też w kategoriach idei, pomysłu, talentu projektanta. „Sam bym takie wyklepał; zrobię sobie coś takiego po świętach, jak mi choinka zostanie” – tego rodzaju komentarze świadczą o tym, że wielu odbiorców zwodzi pozorna prostota pomysłów i nie potrafią ich docenić.

Coś takiego stało u moich dziadków, ale wynieśliśmy to na śmietnik
Po wojnie mieliśmy wspaniałe wzornictwo, wiele realizacji z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych to już klasyka, a jednak moda na vintage to znów bardziej fakt medialny niż rzeczywistość. Tych najlepszych, najwybitniejszych przykładów, np. mebli Kurzątkowskiego czy Kruszewskiej, nie ma na rynku. Jeżeli się pojawiają, to tylko w obiegu antykwarycznym, a i tak nie przypuszczam, by osiągały ceny adekwatne do ich wyjątkowości. Popularniejsze polskie wzory z masowej produkcji znacznie większe zainteresowanie budzą na Zachodzie. Wielu klientów ma zdecydowanie negatywne skojarzenia z tymi meblami – pamiętają je z mieszkań rodziców lub dziadków, z bloków z wielkiej płyty i uważają za niegodne „wypasionych” apartamentów wielkomiejskich yuppies. Najczęściej kupują je mieszkający w Polsce obcokrajowcy, dla których jest to po prostu dobre wzornictwo, bez żadnych negatywnych konotacji. Zachodnie zjawisko wspaniałych mieszkań urządzonych w stylu vintage nie ma polskiego odpowiednika. U nas to margines, domena paru kolekcjonerów‑zapaleńców.

Full wypas, czyli martwe apartamenty
W zachodniej Europie zapotrzebowanie na dizajn nie zależy od zamożności, ale u nas jest to wciąż „sprawa dla bogatych”. A przecież wzornictwo to nie tylko marka i nazwisko; dobre nie znaczy od razu luksusowe, a tym bardziej – luksusowe nie znaczy dobre. A jednak większość polskich odbiorców dizajnu odznacza się zapatrzeniem na Zachód i prostym, często nawet prostackim utożsamianiem dizajnu z dobrobytem. Dizajn jest dla nich koniecznością tego samego rodzaju, co wakacje w tropikach czy skórzana tapicerka w luksusowym wozie. Metka, firma i nazwisko są wyznacznikami wartości. Prestiżowe meble zapełniają wypasione apartamenty, które w pocie czoła urządzają „na metry” tzw. architekci wnętrz. Przeglądając polskie magazyny wnętrzarskie, czasem odnoszę wrażenie, że oglądam wciąż to samo mieszkanie. Styl hotelowy z późnych lat osiemdziesiątych. ­Martwe wnętrza bez książek, bez sztuki, bez duszy. Jak się już trafi coś fajnego – to z Kapsztadu, Nowego Jorku czy Paryża. Wprowadzenie do wnętrza paru markowych przedmiotów określane jest jako kolekcja dizajnu, a trzy dobrane pod kolor zasłon obrazy nazywa się kolekcją sztuki, choć z kolekcjonowaniem nie ma to nic wspólnego. Architekt wybrał, klient zapłacił – bo markowe i pokazywane w każdym piśmie. Czy parę markowych krawatów w męskiej szafie można nazwać kolekcją światowej mody? Dobrze oddał to zjawisko scenograf filmu Senność. W luksusowej willi bohatera zauważyć można owe ikony‑fetysze polskich nowobogackich – wyciskarkę do owoców i krzesło Starcka, na które, podobnie jak na parę innych projektów, nie mogę już patrzeć.

Ale właśnie tak to wygląda. Jeśli kogoś stać, wynajmuje architekta, a ten proponuje zazwyczaj gotowe, luksusowe i bezpieczne rozwiązania, podobne do innych mieszkań w pseudoapartamentowcach. Te wnętrza nie rosną wraz z właścicielami, nie ewoluują, nie nabierają indywidualnego charakteru. Są drogie i nijakie. Wszystko musi być nowe, lśniące, z obowiązkową plazmą wielką jak wrota stodoły, skórzaną kanapą, krzesłami z pleksi i do znudzenia powtarzanymi zestawieniami kolorystycznymi: beż, brąz, srebro i odrobina czerwieni. Wydaje się, że architekci wnętrz obsesyjnie boją się każdego kawałka białej ściany – wszędzie panele, płyty, marmury, gzymsy i szlaczki, zabudowy, wyspy, wnęki, półeczki… Ale to się podoba. I to jest lansowane w prasie.

Czasem zadaję sobie pytanie: jak sprzedawać coś, czego nie ma? I dlaczego jest tak źle, skoro jest tak dobrze? Bo z dizajnem i z jego odbiorem ciągle jest u nas źle. Gonimy Zachód w wielu dziedzinach, więc i w tej pewnie kiedyś go dogonimy. Projektanci muszą jednak uświadomić sobie, po co i dla kogo tworzą. A odbiorcy – docenić nie tylko metkę i markę, ale i indywidualność produktu. Tymczasem dzisiaj znowu odrzuciłem propozycję współpracy. Przesłana mi przez młodego projektanta „fantazja na temat formy” znów odstraszała ceną, nie miała praktycznego zastosowania, a jej estetykę nie mnie oceniać, bo to już sprawa indywidualna…

 


Dziewięć przebojów handlowych Magazynu Praga
w przypadkowej kolejności



 



Agnieszka Kajper, kieliszki Góra dół
Przebój rynku „szklanego”. Piękne, efektowne, kupowane często jako ekskluzywny prezent.



Symbioza Design (Dorota Kulawik, Tomasz Brzeziński,
Maciej Bartosiewicz, Jan Modzelewski)
Lampa z pręta zbrojeniowego – jeden z nielicznych sukcesów „dizajnu recyklingowego”. Prosta, minimalistyczna, surowa. Kupowana równie często jak Cebula, raczej na użytek krajowy, bo kłopotliwa w transporcie, ale ostatnio mała wersja wyjechała do Hongkongu.



Malafor, Pieńki
To już niemal klasyka naszego wzornictwa. Jeden z niewielu przedmiotów, które zaistniały w wielu nowoczesnych mieszkaniach. Kupowany jako siedzisko, ale też jako stoliczek nocny. Sprzedaje się świetnie od powstania Magazynu Praga.



Kasia Bazylczyk, Zuzanna Malinowska, Szajka
Nowoczesny gadżet prezentowy, bez negatywnych konotacji tego wyrażenia. Drobiazg, który ma cieszyć obdarowanego. Zrealizowany w ceramice, nawiązuje jednak do popularnych na Zachodzie figurek winylowych. Kontynuacja tradycji figurek z Ćmielowa.



Robert Szuba, wieszak Pałac
Przedmiot „warszawski” kupowany do mieszkań w całej Polsce, a często także jako prezent dla rodaków z zagranicy. Dizajner, wykorzystując motyw wyeksploatowany przez sklepy z pamiątkami, stworzył projekt nadający się do nowoczesnych wnętrz. Świetnym posunięciem było zrealizowanie Pałacu w dwóch rozmiarach i w wielu wersjach kolorystycznych.



Karina Marusińska, Miseczki ugryzione
Moja ulubiona realizacja porcelanowa. Wpisuje się świetnie w aktualne tendencje światowe. Całą partię miseczek sprzedałem błyskawicznie. Czekam, aż Karina zrobi ich więcej.



Łukasz Wysoczyński, kubek Breakup
Znów zaskakująco prosty przedmiot, ale pomysł trafiony w dziesiątkę. Sądząc z popytu, wielu klientów ma problem z torebkami z herbatą. Kupowany przez tubylców i obcokrajowców. Dodatkowy atut – wersje dla prawo- i leworęcznych.



Joanna Rusin, podkładki filcowe
Mały dizajn z nowocześnie przetworzonymi tradycyjnymi motywami ludowymi. Wielokolorowe podkładki sprzedają się świetnie od początków Magazynu Praga.



DBWT, lampa Cebula
Projekt bardzo prosty i niezwykle efektowny. Piękna forma, zaskakujący materiał, fantastyczne efekty oświetleniowe. Wyrób eksportowy, często kupowany za granicę.

 

Komentarze

  • sledzion
    7 grudnia 2010
    zgłoś do moderacji
    smutne ale prawdziwe
  • mgras
    29 grudnia 2010
    zgłoś do moderacji
    Już niedługo startujemy z serwisem w którym będzie można testować koncepcję produktów przed ich wyprodukowaniem. Będzie to kopia cieszącego się w stanach serwisu kickstarter.com

    Zapraszam do zapoznania się ze stroną:

    www.gobeez.net i zakładka O co tutaj chodzi.

    A na koniec najnowszy hit, z pozyskanym na realizację produktu prawie milionem dolaró:

    http://gobeez.net/2010/11/18/tiktoklunatik-zegarek-z-ipod-nano/

Szukaj nas na Facebooku

Szukaj