O autorze

Agnieszka Jacobson‑Cielecka

Agnieszka Jacobson-Cielecka jest absolwentką wydziału malarstwa Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku, dziennikarką, kuratorką i popularyzatorką współczesnego designu. Dyrektor artystyczna festiwalu Łódź Design 2008 i 2009. Współpracuje z wieloma instytucjami kultury.

Artykuł

Artykuł ukazał się w numerze 34 (I/2010) kwartalnika 2+3D

Tkanina i moda

Etnodizajn. Zdobienie, przetwarzanie czy nowa wartość?

Agnieszka Jacobson‑Cielecka, 31 lipca 2013

Artykuł archiwalny

Rok 2009 upłynął pod znakiem folk- czy też etnodizajnu. W kilku miejscach równocześ­nie i niezależnie zakiełkowały takie same lub podobne pomysły. Były konkursy, warsztaty i wystawy, a na samym końcu pojawił się festiwal w Krakowie, który zamiast temat zamknąć i podsumować, otworzył dyskusję, co to jest etnodizajn? I choć dyskutowało kilka tęgich głów, etnografów, historyków sztuki i specjalistów od marki (zabrakło jednak wśród nich projektanta), po panelu odpowiedź nie była wcale bliższa niż przed nim.

Pierwsze było Muzeum Etnograficzne w Warszawie, które rozpisało konkurs na gadżet. Jeden z wielu gadżeciarskich konkursów ogłoszonych przez sektor publiczny w tym samym czasie. Na tle innych ten zaświecił jasno. Proste pomysły, dobry przekaz, klarowne i łatwe do wdrożenia projekty, które niestety podzieliły chyba los wielu innych zwycięskich gadżetów, czyli trafiły na półkę oczekujących na fundusze. To frustrujące dla wszystkich. Dla twórców, dla tych, co konkurs ogłosili i zorganizowali, i dla tych, którzy po informacjach prasowych nabrali apetytu na wałki z kogutkowym wzorem albo ptaszki­-gwizdawki. Nie znam odpowiedzi na pytanie, czy lepiej ogłaszać konkursy i nie wdrażać wyników, czy też nie ogłaszać ich wcale.

Na pewno jednak wysyp konkursów na pamiątkowy miły drobiazg był nieco absurdalny, a wyniki w większości wypadków dość mierne. Przede wszystkim w konkursach startują wciąż nie tylko te same osoby, ale i te same prace, a wymieniane są tylko tytuły. Co gorsza, poziom prac jest zazwyczaj słaby, a po otwarciu kopert okazuje się, że rzadko biorą w nich udział poważni projektanci. W większości to projektowa młodzież i amatorzy. Młodym taka aktywność bardzo się chwali, lecz wyraźny pożytek przynosi im akademicka kuratela, jak to miało miejsce w wypadku konkursu Muzeum Etnograficznego, prowadzonego jako projekt semestralny na Wydziale Wzornictwa Przemysłowego warszawskiej ASP. I choć sama idea budzi wątpliwości, to wyniki eksperymentu już nie. Było z czego wybierać.

W tym samym czasie rozgrywał się konkurs New Folk pod hasłem „Pamiątka z Polski”, a więc także gadżeciarski, organizowany przez Pro Design z Poznania w oparciu o fundusze miasta i urzędu marszałkowskiego, co więcej – wsparty prywatnym mecenatem Mebli Vox. Choć temat był ten sam, koncepcja konkursu zakładała tym razem więcej niż tylko folklorystyczne zdobnictwo. W opisie, ale także w sposobie realizacji odwołano się do tradycji i rzemiosła, czyli do korzeni. Przedsięwzięcie zyskało na splendorze dzięki obecności Li Edelkoort, trendsetterki i gwiazdy, która pracuje nad projektem prywatnej szkoły dizajnu w Poznaniu.

Konkurs podzielono na trzy etapy. Najpierw projektanci pracowali z rzemieślnikami, poznając tajniki koronczarstwa, snycerki, wikliniarstwa, garncarstwa. Wśród nich krążyła Li Edelkoort, budując mosty między starym a nowym światem. Zadaniem młodych było posiąść tajniki starych rzemiosł, by potem w swoich pracowniach użyć ich w inny sposób, w innym celu, w innej materii. ­Opinie uczestników były różne. Niektórzy woleliby popracować z mistrzami, poznać ich sposób myślenia, a nie tylko umiejętności. Inni nie narzekali. Po wyznaczonym czasie spośród złożonych projektów wybrano te przeznaczone do wdrożenia. Wśród nich trzy zwycięskie. Niestety, w moim przekonaniu nagroda główna zaprzeczyła całej idei konkursu. Ozdobna plecionka koronkowa przytrzymująca słuchawki – autorstwa Oli Szymańskiej – nie pada daleko od stringów z Koniakowa, które są raczej próbą komercjalizacji i stylizacją niż nowym dizajnem. Nie wychodzi poza konwencję konkursu na gadżet. Spośród wyróżnionych zdecydowanie wolę huśtawkę „Talerzyk” Oli Mireckiej czy „Jakubki” Kariny Marusińskiej. Nawet jeżeli nie są to idee odkrywcze, to jest w nich odpowiedź na tezy konkursowe, jest jakaś gra, inspiracja, przetworzenie.

Aleksandra Szymańska, „W rytmie folk”, 2009, I miejsce w konkursie „Nowy folk”

Aleksandra Szymańska, „W rytmie folk”, 2009, I miejsce w konkursie „Nowy folk”

Aleksandra Szymańska, „W rytmie folk”, 2009, I miejsce w konkursie „Nowy folk”

Aleksandra Mirecka, huśtawka „Talerzyk”, 2009, II miejsce w konkursie „Nowy folk”

Aleksandra Mirecka, huśtawka „Talerzyk”, 2009, II miejsce w konkursie „Nowy folk”

Aleksandra Mirecka, huśtawka „Talerzyk”, 2009, II miejsce w konkursie „Nowy folk”

Karina Marusińska, „Jakubki”, 2009, III miejsce w konkursie „Nowy folk”

Karina Marusińska, „Jakubki”, 2009, III miejsce w konkursie „Nowy folk”

Karina Marusińska, „Jakubki”, 2009, III miejsce w konkursie „Nowy folk”

To przetworzenie w rozmowie o etnodizajnie jest chyba najważniejsze, choć zazwyczaj postrzegane jednoaspektowo. Jeden kierunek jest oczywisty. Dywany Moho, które przeszły do ­historii polskiego wzornictwa, zanim zostały w ­Polsce na dobrze rozpoznane, są interpretacją ludowej wycinanki w innej skali, materii i w innym celu. To, co u Moho proste i oczywiste, w wydaniu Sztuki Beskidzkiej, która pokusiła się o interpretację interpretacji, jest wtórne i nieprzekonujące. Podobnie prosty przekaz jak u Moho niosą dywany „Nodus” i „Folk” zaprojektowane przez Aze Design.

Aze Design, dywan „Nodus”, 2006

Aze Design, dywan „Nodus”, 2006

Aze Design, dywan „Nodus”, 2006

Aze Design, dywan „Folk”, 2007

Aze Design, dywan „Folk”, 2007

Aze Design, dywan „Folk”, 2007

Pierwszy, klasyczny w metodzie wytwarzania, jest gigantyczną łapką do garnków, taką samą, jaką bezskutecznie usiłowałam zrobić lata temu na ZPT. Drugi, z przekształconym, zdygitalizowanym wzorem huculskim – nowoczesny i dopiero po zastanowieniu jednak etno. I jeszcze dywany autorstwa Joanny Rusin i Agnieszki Czop – „Koguty”, „Pasanki” i „Wycinanki”.

Joanna Rusin, Agnieszka Czop, dywan „Koguty”, 2004

Joanna Rusin, Agnieszka Czop, dywan „Koguty”, 2004

Joanna Rusin, Agnieszka Czop, dywan „Koguty”, 2004

Joanna Rusin, dywan „Pasanka”, 2005

Joanna Rusin, dywan „Pasanka”, 2005

Joanna Rusin, dywan „Pasanka”, 2005


Agnieszka Czop, dywan „Wycinanka”, 2009, fot. Michał Bącela

Agnieszka Czop, dywan „Wycinanka”, 2009, fot. Michał Bącela

Agnieszka Czop, dywan „Wycinanka”, 2009, fot. Michał Bącela
Podobnie jest z przykładami architektury wybranymi na wystawę „Naturalne zasoby polskiego designu”, którą realizowałam na zamówienie Muzeum Regionalnego w Stalowej Woli, w czasie kiedy rozstrzygały się oba wspomniane konkursy. „Złamana stodoła” Głowackiego, Muzeum Ziemi Opolskiej Iwony Wileczek i Mariusza Tenczyńskiego, pawilon Expo 2010 (•13) autorstwa WWAA Architekci – wszystkie te projekty przetwarzają. Formę, funkcję, ornament. Padają różne zarzuty. Że forma pawilonu nie jest nowa ani odkrywcza, lecz jedynie ozdobiona ażurem. Że Muzeum Opolskie jest podobne do czegoś innego, co powstało w Holandii. Być może. Jednak kiedy postudiować choć trochę opis projektu, podział funkcji, znaczenia przestrzeni, okazuje się, że ten siedzący formą w europejskim trendzie budynek jest lokalny w treści i rozumieniu funkcji. Podobnie koronkowy pawilon. Jest zewsząd, ale też bardzo stąd.

Natalia Paszkowska, Marcin Mostafa z WWAA Architekci, Pawilon Polski na Expo 2010, 2007

Natalia Paszkowska, Marcin Mostafa z WWAA Architekci, Pawilon Polski na Expo 2010, 2007

Natalia Paszkowska, Marcin Mostafa z WWAA Architekci, Pawilon Polski na Expo 2010, 2007

Mało się mówi o drugim kierunku przetwarzania. Odwrotnym. Kiedy my, mieszczuchy, inteligenci i artyści, zachwycamy się wikliniarstwem, ginącym rzemiosłem, jego strażnicy i nauczyciele nie zawracają sobie nim głowy. Stosując tę samą metodę, wyplatają znakomite koszyki ze sznurka do snopowiązałek. Jest trwalszy, dostępny na okrągło i nic nie kosztuje. To nowe plecionkarstwo jest rzemiosłem, bywa też dizajnem, jeżeli popatrzeć na nie pod względem innowacyjności, funkcjonalności, a nawet ergonomii. Najsłabiej jest z formą, tą nikt sobie bez potrzeby nie zawraca głowy. To jest chyba największa bolączka nowego rzemiosła, które przestało być szczere i naturalne. Coraz częściej jest stylizacją. Ludowi twórcy dawno już przestali wytwarzać takie przedmioty, jakich ich nauczyła tradycja, jakich potrzebują i jakie im się podobają. Zamiast tego usiłują trafić w oczekiwania rynku i w efekcie tracą poczucie tożsamości i kierunku.

Bardzo dobrze widać było ten konflikt na trzecim ludowym konkursie minionego roku. Konkursie Cepelii. To, że nadesłane prace były różne, jest raczej normalne, wynikło zapewne z nie dość precyzyjnego określenia, o co chodzi organizatorom. Jednak wybór prac nagrodzonych i wyróżnionych świadczy dobitnie o tym, że organizatorzy nie określili, czego chcą, bo sami tego nie wiedzieli. Pomieszanie mody ze świątkarstwem, profesjonalizmu z amatorstwem, brzydoty z jarmarcznym wdziękiem zrobiło na mnie „porażające” wrażenie. Młodzi dizajnerzy przeciwko domorosłym twórcom? Cepelia to spółdzielnia rzemiosła artystycznego. W konkursie nie zaprezentowano ani artyzmu, ani rzemiosła. Niestety.

Moja wystawa „Naturalne zasoby polskiego designu” powędrowała do Londynu. Pokazana we wrześniu na Tent London, zaprezentowała się dobrze i w mojej głowie uporządkowała trudną kwestię definicji etnodizajnu. Wystawa, mocno okrojona w stosunku do tej ze Stalowej Woli, miała bardzo wyraźną tożsamość. Zaaranżowana na czerwonym dywanie, z iście odpustową intensywnością nawoływała do oglądania. Jednak dla zwiedzających ludowy kontekst był interesujący, ale nie najistotniejszy. Tent to wystawa dizajnu, w dodatku komercyjna. Przedstawione przedmioty zaistniały jako współczesne wzornictwo. Jako atrakcyjne produkty. Stołki „Pieńki” czy „Drabiny do siedzenia” Malafora, lampy „Wiecha” Agnieszki Lasoty czy składane z minigwiazdeczek lampy „Ćma” i „Estrella” Kafti, wspomniane już dywany Aze oraz Rusin i Czop przyciągały amatorów dizajnu, a nie miłośników folkloru. Każdy z osobna nie przywiódłby na myśl żadnych etnoskojarzeń. Zebrane razem nabrały silnej lokalnej identyfikacji, ujawniały tożsamość, która gdzieś głęboko w nas siedzi.

Agnieszka Lasota, lampa „Wiecha”, 2009

Agnieszka Lasota, lampa „Wiecha”, 2009

Agnieszka Lasota, lampa „Wiecha”, 2009

Monika Brauntsch, Sonia Słaboń, lampa „Ćma”, prod. Kafti Design, 2007

Monika Brauntsch, Sonia Słaboń, lampa „Ćma”, prod. Kafti Design, 2007

Monika Brauntsch, Sonia Słaboń, lampa „Ćma”, prod. Kafti Design, 2007

Ta tożsamość przejawia się różnie. Czasem przez świadome sięganie po motywy, przetwarzanie i interpretację. Najbardziej świadomie w wypadku Aze, czyli Anny Kotowskiej i Artura Puszkarewicza, którzy celowo tak projektują obiekty, aby mogły być wytwarzane przez rzemieślników. Żeby to robić, musieli posiąść wiedzę, doświadczenie i umiejętności lokalnych rzemieślników. Tych dwoje od kilku lat z powodzeniem realizuje koncepcję, którą jako nowe myślenie przywiozła w tym roku do Polski Li Edelkoort. I dobrze, czasem łatwiej usłyszeć, kiedy mówi ktoś z zewnątrz. Równocześnie także w Londynie, w RIBA (Royal Institute of British Architects), odbyła się wystawa architektoniczna przygotowana przez Grzegorza Piątka i Brytyjczyka Roba Wilsona. Dotyczyła tożsamości architektury; tożsamości indywidualnej, lokalnej, regionalnej i narodowej. Zbudowana z dwóch części – „Constructing Identity” i „Living Identity” – zadała podobne pytania i doprowadziła do podobnych wniosków. Postawiła na jednej szali m.in. pawilony Expo 2005 i 2010 oraz Stadion Narodowy z czytelną i ewidentną lokalną identyfikacją, projektowane właśnie tak, by były zidentyfikowane i osadzone. Na drugiej szali znalazły się w założeniu oderwane od kontekstu przykłady polskiego modernizmu, budownictwa wielorodzinnego czy architektury przemysłowej, które przez konteksty przemian historycznych i artystycznych nabrały lokalnego, wyrazistego charakteru, m.in. zindywidualizowane przez użytkowników gdańskie falowce czy Bolko Loft, który powstał w poprzemysłowym budynku nieczynnej kopalni.

Aż wreszcie pod koniec roku padło pytanie: „Co to jest etnodizajn?”. Postawiono je w Krakowie, organizując festiwal pod takim właśnie tytułem. W jego ramach odbyły się m.in. wystawa i panel dyskusyjny. Dyskusja pozostawiła pytanie otwarte, choć poruszono wiele wątków i kontekstów. Ponieważ organizatorem całości było Muzeum Etnograficzne, w dyskusji większy nacisk położono na wątek formy niż funkcji. Czy T-shirt z nadrukiem ludowym jest etnodizajnem, czy nie jest? A może tylko nadruk jest dizajnem? Ale i to niekoniecznie. Nadruk z Chrum.com, który w formie ludowej wycinanki komentuje zjawiska społeczne, tworzy nowe przysłowia i odnosi się ewidentnie do współczesności, etnodizajnem jest. A nadruk z cepeliowskim kogutem, nagminnie sprzedawany na lotniskach jako pamiątka z Polski, jest raczej zdobnictwem i stylizacją.

Studio chrum.com, nadruk na T-shirt, 2005

Studio chrum.com, nadruk na T-shirt, 2005

Studio chrum.com, nadruk na T-shirt, 2005

W odniesieniu do funkcji, która interesuje nas nie mniej niż forma, pojawił się wątek koszyków wyplatanych ze sznurka i cudownej polskiej umiejętności robienia czegoś z czegoś całkiem innego. Wynalazczość, przekształcanie, adaptacja funkcji rzeczy także jest etnodizajnem. Jest też znakomitym polem badań dotyczących funkcji, ergonomii i paru dziedzin pokrewnych.

Po dyskusji, która musiała się skończyć wtedy, kiedy zaczęła być naprawdę ciekawa, otwarto wystawę z tym samym pytaniem – „Co to jest etnodizajn?” – w tytule. Ryzykowna w założeniu, budziła moje wątpliwości na etapie opisu. W realizacji okazała się świetna, co więcej, sprawiła, że można całą dyskusję rozpocząć od nowa. Oto w przestrzeń stałej ekspozycji Muzeum zostały wstawione „obce ciała”, czyli obiekty współczesnego dizajnu z całego świata. Dobrze oznaczone, prowadziły zwiedzających własną trasą, nie do przegapienia. Klucz doboru nie był dla mnie oczywisty i skłonna jestem twierdzić, że był po prostu intuicyjny. Kontekstowo okazał się znakomity. Na pewno ideą nie było pokazanie, jak współczesny projektant odnosi się do tego czy tamtego wątku lub jak współcześnie interpretuje się poszczególne motywy. Nie wiem, czy taki był zamiar kuratorki Anny Zabdyrskiej, ale dla mnie największą wartością wystawy było nie to, że zobaczyłam przedmioty stworzone przez projektantów z różnych krajów, bo i tak je znałam, choć przegląd i liczba były jak na polskie realia imponujące. Ja na nowo zobaczyłam zbiory Muzeum Etnograficznego. 

Ronan Bouroullec, Erwan Bouroullec, krzesło „Vegetal”, prod. Vitra, 2008, fot. Kuba Sowiński

Ronan Bouroullec, Erwan Bouroullec, krzesło „Vegetal”, prod. Vitra, 2008, fot. Kuba Sowiński

Ronan Bouroullec, Erwan Bouroullec, krzesło „Vegetal”, prod. Vitra, 2008, fot. Kuba Sowiński

To, co wydaje się nudne i znane na pamięć, postawione w nowym i zaskakującym kontekście, okazało się inne, ciekawe i nieznane. Ale też dostałam niezłego pomieszania zmysłów, bo wielu z prezentowanych obiektów nigdy bym nie podała jako przykładów etnodizajnu. A jednak na wystawie obroniły się w 100 procentach. Wygląda więc na to, że oprócz przetworzenia i reinterpretacji, nowej formy i funkcji istotny jest kontekst, w którym dany obiekt istnieje. 

 

Szukaj nas na Facebooku

Szukaj