O autorze

Sabina Antoniszczak

Absolwentka ASP w Krakowie, projektantka oraz ilustratorka. Stała współpracowniczka redakcji kwartalnika 2+3D.

Artykuł

Artykuł ukazał się w numerze 13 (IV/2004) kwartalnika 2+3D

Eksperyment

Jak działa jamniczek?

Sabina Antoniszczak, 19 sierpnia 2010

Do ojca nigdy nie mówiłam „tato”. Było oczywiste, że skoro mama mówi do niego „Julek”, to obie z siostrą też powinnyśmy go nazywać po imieniu. Kiedy w szkole powiedziałam coś o Julku, nauczycielka zwróciła mi uwagę, że tak nie można nazywać własnego ojca, że gdyby to usłyszał, na pewno by się obraził. Moje tłumaczenia niewiele pomogły, nauczycielka niby ze zrozumieniem pokiwała głową, ale czułam, że coś jest nie tak. To był pierwszy sygnał, że jeszcze wiele wysiłku będę musiała włożyć w przekonywanie różnych osób, że moja rodzina jest zupełnie normalna…

Przed szkolnymi występami w strojach ludowych wychowawczyni chciała mi poprawić wianek. – Dziecko drogie, co ty tu masz w tych włosach!? Kto ci to zrobił? – wykrzyknęła przerażona, wyplątując mi z włosów spinacz biurowy. Znów musiałam tłumaczyć, że przecież mama nie miała spinek, a jakoś trzeba było ten wianek przypiąć, że Julek próbował mi go przymocować gumką recepturką wyciętą z dętki rowerowej, ale na szczęście mama znalazła spinacze… 

Nauczyłam się, że na pytanie „Gdzie pracuje twój tata?”, nie należy odpowiadać, że „w kanciapie”, mimo że Julek tak nazywał swój oddzielony kotarą, zabudowany drewnianymi regałami kąt do pracy. Najlepiej było mówić, że w Studio Filmów Animowanych i przypadkiem nie dodawać, że kręci filmy bez kamery. Wiedziałam też, że lepiej nie chwalić się, że zamiast klockami lego – bawię się „skręcajką” (tak Julek nazywał zestawy „młodego konstruktora”, których elementy wykorzystywał do budowy swoich wynalazków), a zamiast bajek słucham co wieczór upiornych opowieści o szaleńcu Józiu Krwawejnóżce, ścigającym go detektywie Ogórku i jego psie Kiełbasonie. (Józio Krwawanóżka zamordował psychiatrę doktora Poziomkę i podszywając się pod niego znęcał się nad wariatami w domu wariatów. Kiedy na jego trop wpadli detektyw Ogórek i pies Kiełbason, Krwawanóżka zaczął spiskować z Hitlerem, który – jak się okazało – przeżył wojnę i ukrywał się w swojej tajnej bazie w Smoczej Jamie, gdzie pracuje nad tajną bronią, która ma zniszczyć świat).

Za to kiedy z siostrą chciałyśmy oglądać bajkę, Julek rozwijał ekran (tzn. mapę polityczną świata z roku któregoś tam, na której brzegach z niezadrukowanej strony namalował czarną ramkę) i wyświetlał nam „plazmotwory”. Nazywał tak technikę, którą wykorzystał m.in. w filmie Te wspaniałe bąbelki w tych pulsujących limfocytach: do projektora filmowego lub zwykłego rzutnika do slajdów wkładał kawałek złożonej na pół taśmy filmowej lub celuloidu i przy pomocy strzykawki, pipety i oliwiarki wlewał między warstwy substancje o różnych kolorach i właściwościach: tusze, farby, kleje, oliwę, wpuszczał bąble powietrza, poruszał warstwami taśmy. Na ekranie działy się rzeczy niezwykłe, wszystko oczywiście z odpowiednimi dźwiękami i komentarzami w rodzaju: „teraz nadlatuje statek kosmiczny, zbliża się do tajemniczej planety, ale nagle …bździum!!! – planeta wybucha…”. Julek zachęcał nas do twórczych zabaw i kiedy dał nam rzutnik „Ania”, same bawiłyśmy się w plazmotwory i próbowałyśmy go naśladować rysując filmy na taśmie.

Miał twórcze podejście do wszystkiego. Jeżeli coś wydawało mu się niepraktyczne, źle działające – sam to przerabiał, w zależności od potrzeb i dostępnych materiałów. Wychowywał nas w przekonaniu, że jeżeli coś jest potrzebne, to zawsze można to sobie skonstruować lub przerobić z czegoś innego. W tym czasie sklepy świeciły pustkami, trudno było dostać nawet podstawowe artykuły, ale nie pamiętam, żeby doskwierał mi brak czegokolwiek. Na pewno wielu rzeczy nie było, ale nie odczuwałam tego, bo uważałam za normalną rzeczywistość, w której jedne rzeczy udają inne. Dla dziecka, podczas zabawy, całkowicie naturalne jest zastępowanie jednych rzeczy innymi, a że rzeczywistość była jakby przedłużeniem zabawy… Były to czasy, kiedy „z braku laku” jedne rzeczy zastępowały inne, czasy opakowań zastępczych, Słodowego, „złotych rączek”.  Czasy, kiedy się nie kupowało, lecz „załatwiało”, zdobywało. Julek radził sobie w tej dziwnej rzeczywistości doskonale – ale w inny sposób niż całe rzesze łowców papieru toaletowego i kombinatorów. Tak nienawidził problemów z załatwianiem czegokolwiek, że wolał sam wszystko konstruować, przerabiać, naprawiać lub w pomysłowy sposób zastępować czym innym. Samo „majsterkowanie” i zastępowanie było z konieczności zjawiskiem powszechnym. Ale Julek poszedł w tym jeszcze dalej – on nie próbował jakoś sobie radzić w tej rzeczywistości, nie próbował jej łatać ani sztukować. Stworzył własną – zastępczą do kwadratu, karykaturalną, ale spójną.

Nad moim łóżkiem wisiała lampka nocna zrobiona przez niego z puszki po soku grejpfrutowym. Była to puszka po zagranicznym soku, bo w tych czasach w Polsce niełatwo było zdobyć grejpfruty, a o soku grejpfrutowym nawet nie śmiałam marzyć. Pochodziła z jakiejś paczki z Niemiec, którą Julek z narażeniem życia, uciekając przed zomowcami, wyniósł tylnym wyjściem ze Studia Filmów Animowanych, zanim milicja zdążyła otoczyć budynek i skonfiskować wszystkie paczki. Sok był już dawno zepsuty, ale przynajmniej miałam lampkę.

Julek miał mnóstwo prostych, dizajnerskich pomysłów na zastąpienie rzeczy, których nie można było kupić – np. gumki recepturki wycinał z dętek rowerowych. Oprócz wielu innych zastosowań – z tych gumek i kawałków filcu wyciętego w kształt podeszwy robił nam kapcie-klapki.
Myślę, że gdybym chciała lalkę Barbie, to albo próbowałabym ją ulepić z gliny, albo Julek wytoczyłby mi ją na tokarce. Ale Barbie nie była moim marzeniem – bardziej pochłaniało mnie robienie lalek z dwóch warstw papieru, pomiędzy które, razem z kolegą Samborem, wklejaliśmy wnętrzności ulepione z nasączonej różnokolorowymi farbami ligniny, po to żeby je później wycinać podczas „operacji”. Nie wiem dokładnie, skąd wziął się ten pomysł, ale pamiętam, że w tym czasie Julek pracował nad Kroniką Non-Camerową, prezentującą nową fantastyczną metodę stosowaną w spółdzielniach inwalidów: z kilku niesprawnych inwalidów przy pomocy skomplikowanej operacji otrzymujemy jednego sprawnego, pełnowartościowego pracownika… Pamiętam też, że kiedy zobaczył, jakie mamy rozwijające zajęcie, dał nam do zabawy prawdziwe szczypce chirurgiczne.

Kiedy czytam scenariusz Julka do nie zrealizowanego filmu Na tropie Entropii, rozpoznaję w nim nie tylko świat z jego filmów, ale też świat, w którym żyłam jako dziecko. Świat tworzony przez Julka
z jakichś dziwacznych, absurdalnych fragmentów rzeczywistości PRL-u i jego szalonych pomysłów. Świat karykaturalny, ale jak najbardziej prawdziwy. W scenariuszu aż roi się od szalonych naukowców, nawiedzonych wynalazców, pomysłów artystyczno-naukowych. Magister Korzonek magnesuje szczypiorek (żeby szybciej rósł), w pewnym archiwum znajduje się autentyczne nagranie głosu Mieszka I, przypadkiem utrwalone przez garncarza pracującego na kole garncarskim: „Ponieważ Mieszko I krzyczał głosem bardzo podniesionym (…) to ręka garncarza żłobiąca w tym czasie spiralny rowek (wzór łużycko-warmiński) w miękkiej glinie drgała w rytm głosu Mieszka I (…) jak membrana mikrofonu. (…) A myśmy wzięli ten wykopany z ziemi talerz, położyli na adapterze i odtworzyli”. „Kompozytor Tetrachord Szaleniec daje recital muzyki awangardowej na skrzypce i cyrkularkę”, „prof. Hipawka przebrany za Indianina (za pióropuszem ukryta «kamera głowowa») kręci film u kolegi naukowca (tajny)” itp. 

Jednak świat ten istniał nie tylko w jego filmach – był to autentyczny świat, w którym żyła cała nasza rodzina. Przypominam sobie modę na druciane „piramidki”. Stały się popularne za sprawą teorii głoszącej, że piramidy, nawet miniaturowe mają niezwykłe właściwości. Badania „amerykańskich naukowców”, a może jakiegoś polskiego szalonego wynalazcy, dowiodły „z całą pewnością”, że jedzenie przechowywane pod czymś, co ma kształt piramidy, nie tylko nie psuje się, ale też staje się smaczniejsze
i bogatsze w składniki odżywcze, a także, że np. żyletki zostawione na noc pod piramidą same się ostrzą. W sklepach pojawiły się piramidki z miedzianego drutu. Julek natychmiast kupił sobie taką piramidę, ale zamiast ostrzyć nią żyletki, siadając do pracy zawiesił ją sobie nad głową, twierdząc, że skoro ten kształt ma takie niezwykłe działanie, to może będzie też korzystnie wpływać na mózg podczas pracy twórczej. Jednak z piramidą nad głową pracowało się bardzo niewygodnie i Julek opracował własną, wygodniejszą i bliższą naszej kulturze metodę: w sklepie Cepelii kupił drewnianą miskę, lutownicą wypalił na niej napis: „Tonizujący ekranizator mózgowy” i założył ją sobie na głowę. 

Pamiętam wakacje nad morzem, na które pojechaliśmy maluchem z przyczepą. Oprócz wymarzonej przyczepy, Julek kupił też inny cud techniki: miniaturowy przenośny telewizorek, który podłączało się do akumulatora samochodu. Ponieważ akumulator bardzo szybko się rozładowywał, Julek wymyślił inne rozwiązanie. Mieliśmy ze sobą rower (typu składak, oczywiście). Julek zamocował go na czymś w taki sposób, że koła kręciły się w powietrzu, a prądnicę połączył kablami z telewizorem. Kiedy dorośli chcieli wieczorem oglądać wiadomości, dziecko, które było tego dnia najbardziej niegrzeczne, za karę musiało wsiąść na rower i pedałować. Była to oczywiście pedagogiczna katastrofa, bo dzieci prześcigały się w niegrzecznym zachowaniu, byle móc trochę popedałować
i być przez chwilę ważną częścią tej dziwnej konstrukcji. Wszystko to działo się na campingu i przed telewizorem zbierał się tłum – nie wiem czy bardziej przyciągał go dziennik, czy ten dziwny happening.
Chodząc po złomowisku z powieszonym na szyi kawałkiem tramwajowej zwrotnicy (a może to była jakaś część drutów tramwajowych) trochę się śmiałam, a trochę zastanawiałam, czy aby na pewno tak wygląda normalna rodzina. Julek kupował na złomie części do swoich wynalazków. Pamiętam wielką górę żelastwa, na której znalazł ten dziwny przedmiot. Powiedział, że to jakaś część do tramwaju, bardzo cenna, bo pokryta srebrem czy platyną, więc można jej używać jako biżuterii. Przymocował do niej sznurek i powiesił mi ją na szyi.

Julek konstruował różne maszyny i urządzenia – nie tylko wynalazki własnego pomysłu, ale też własne wersje znanych urządzeń, jak radia, projektory filmowe lub… samochody. Jeszcze na studiach zbudował samochód z dwóch rowerów i jeździł nim na zajęcia na ASP, wzbudzając sensację. Większość wynalazków służyła do robienia filmów techniką Non Camera, ale czasem przy okazji wymyślał inne urządzenia, lub rozwijając pomysły na maszyny filmowe, dochodził do wynalazków o innych zastosowaniach. Nie on pierwszy wpadł na pomysł robienia filmów bez użycia kamery, bo takie próby pojawiały się już wcześniej (MacLaren), jednak nikt nie rozwinął tej techniki aż do tego stopnia. Zrobił dwadzieścia parę filmów rysowanych bezpośrednio na taśmie filmowej.

Najprostszym z urządzeń, których do tego używał, było zwykłe kartonowe pudełko z zamontowanymi dwiema rolkami do przewijania kawałka taśmy, coś w rodzaju przenośnej podkładki do rysowania kolejnych klatek filmu. Przypominam sobie Julka w upalny dzień w Dębkach, jak zamiast pływać
w morzu, siedzi ciepło ubrany na plaży i klatka po klatce rysuje flamastrem na taśmie filmowej, zamocowanej w tym „turystycznym animografie”, jeden z tematów do Kroniki Non-Camerowej, a mianowicie wyjaśnienie przyczyn kryzysu w Polsce: to niemiecka łódź podwodna U-27 z czasów II wojny światowej, której załoga nie poddała się, topi nasze statki z dostawami żywności.

Jednak rzadko rysował filmy pisakami – większość filmów powstawała opracowaną przez niego techniką „wydrapywaną”: na przeźroczystej taśmie filmowej 35 mm za pomocą różnych skonstruowanych przez siebie urządzeń wydrapywał rysunki. Poczym smarował taśmę… bezbarwną pastą do butów. Pastę łatwo było zetrzeć z niezarysowanych rejonów, pozostawała tylko w rowkach wydrapanych igłą. Następnie, w tak przygotowany podkład wcierało się czarny pigment, za który służyła zwykła sadza (samodzielnie przez niego wyprodukowana nad świeczką). W końcu taśma trafiała do „Pracowni Koloru” – czyli do mojej mamy, która na podświetlanym stole, pod szkłem powiększającym kolorowała pędzelkiem i tuszem kolejne klatki filmu.

Antoniszograf fazujący („Fortepian Antonisza”) – maszyna służąca do wydrapywania 24 klatek na taśmie filmowej.

Antoniszograf fazujący („Fortepian Antonisza”) – maszyna służąca do wydrapywania 24 klatek na taśmie filmowej.

Antoniszograf fazujący („Fortepian Antonisza”) – maszyna służąca do wydrapywania 24 klatek na taśmie filmowej.

Rysunek do filmu zamocowany w Antoniszografie fazującym, przygotowany do zanimowania na taśmie filmowej.

Rysunek do filmu zamocowany w Antoniszografie fazującym, przygotowany do zanimowania na taśmie filmowej.

Rysunek do filmu zamocowany w Antoniszografie fazującym, przygotowany do zanimowania na taśmie filmowej.

Aby ułatwić sobie opracowywanie miniaturowych rysunków, Julek konstruował różnego rodzaju maszyny, wykorzystujące zasadę pantografu. Rysował poszczególne klatki w nieco większej skali, a ramię pantografu, z zamocowaną na drugim końcu igłą, ryło ten sam rysunek pomniejszony do wielkości 1 klatki na taśmie 35 mm.
Najprostsze tego typu urządzenia wydrapywały pojedyncze klatki, a bardziej rozbudowane – nawet po 24, czyli jedną sekundę filmu. Jeden z jego wynalazków (Antoniszograf fazujący) służył do rysowania płynnych przejść z jednej fazy ruchu w drugą – podczas gdy Julek rysował skrajne klatki, maszyna sama uzupełniała fazy pomiędzy nimi. Domowej roboty mechanizm wykonywał pracę, do której teraz potrzebne są dobre programy do animacji lub ekipy animatorów. Pomysł ten rozwinął później planując też inne zastosowania: skonstruował urządzenie, na którym chciał prowadzić „usługi portretowe” dla par ciekawych jak będzie wyglądać ich dziecko – przyszli rodzice mieli mu przynosić swoje zdjęcia, on obrysowywałby je na swojej maszynie, w której w magiczny sposób (mechanizm był ukryty) powstawałoby 12 rysunków: 12 możliwych wariantów wyglądu przyszłego dziecka. Było to jakby 12-etapowe przekształcenie twarzy jednego rodzica w twarz drugiego.

Stół montażowy do montowania taśmy ze ścieżką dźwiękową.

Stół montażowy do montowania taśmy ze ścieżką dźwiękową.

Stół montażowy do montowania taśmy ze ścieżką dźwiękową.

Eksperymentował także z dźwiękiem, równie ważnym w jego filmach jak obraz. Sam komponował muzykę – w niektórych filmach rozpoznaję jego grę na pianinie i charakterystyczny „beat kapciowy”, w niektórych gra ją orkiestra, którą sam prowadził, a na festiwalu w Oberhausen urządził pokaz jak w niemym kinie, grając na żywo jako taper do swojego filmu. W paru filmach również muzyka jest non-camerowa – wydrapywana bezpośrednio na ścieżce dźwiękowej filmu – do tego też konstruował maszyny.

Innym wynalazkiem – niefilmowym, lecz bardzo pomysłowym – był chropograf – maszyna służąca do robienia „zdjęć” dla niewidomych. Urządzenie kopiowało dowolne zdjęcie, rysunek czy obraz
i odtwarzało na kawałkach celuloidu w postaci obrazów możliwych do odczytywania palcami. Przez celuloid przejeżdżały igły, „tłumacząc” ciemniejsze i jaśniejsze miejsca obrazu na głębsze – a przez to bardziej szorstkie lub płytsze (czyli gładsze) rowki. Niewidomi, którym prezentowano chropografie, bez trudu rozpoznawali przedstawione na nich obrazy i pomysł bardzo im się podobał. Mimo tak obiecujących testów i mimo że ten niesamowity wynalazek spotkał się z pewnym zainteresowaniem, nie zaczęto go produkować, skończyło się na kilku artykułach w gazetach. Najbardziej nowatorski w tym pomyśle był zupełnie inny niż zazwyczaj sposób „kodowania” obrazu – nie za pomocą wypukłości, ale szorstkości, chropowatości – stąd też nazwa.
Jako dziecko niewiele z tego rozumiałam, ale fascynowały mnie przede wszystkim te wynalazki, którymi mogłam się bawić. Jednym z moich ulubionych był „pisak niciowy” – strzykawka wypełniona klejem, z zamontowaną na końcu szpulką nici, której koniec wychodził przez igłę. „Rysowało się” punktowo dociskając pisak do papieru. Nasiąknięta klejem nić przylepiała się do podłoża i odwijała stopniowo ze szpulki. Była też nieco łatwiejsza w obsłudze wersja bez kleju – do pisania na taśmie klejącej i bez igły – do grubszych nici. To proste urządzenie, wyglądające na artystyczny wygłup, miało konkretne zastosowanie: służyło
do robienia pieczątek. Zamiast godzinami rzeźbić dłutem w ziemniaku, mogłam robić rysunki nicią i później je odbijać!

Radio

Radio

Radio

Świat stworzony przez Julka, świat, w którym żyłam jako dziecko, składał się nie tylko z filmów i muzyki. Tym światem były wszystkie tworzone przez Julka przedmioty, wynalazki i udoskonalenia. Nie tylko te „artystyczne”, ale także – niecodziennie wyglądające – przedmioty codziennego użytku. Czy była to maszyna do robienia filmów, radyjko, ramka na obrazek, czy pudełko na śrubki – było widać, że Julek to zrobił. Wszystko w jakby zabawnie-naiwno-dosadnym stylu. Przeskalowane, toporne, a jednocześnie działające, funkcjonalne i uporządkowane z żelazną konsekwencją. Irracjonalne pomysły racjonalnie zrealizowane. Filozoficzne rozważania, pomysły na skomplikowane urządzenia – napisane dziecinnymi kulfonami w szkolnym zeszycie w linie. Dramatyczne przemyślenia, przepełnione obsesją upływającego czasu – zapisane w postaci komicznych metafor, dowcipów rysunkowych… Mnóstwo drobiazgów, śrubek, narzędzi i maszyn o niejasnym przeznaczeniu, upchniętych na tak małej przestrzeni, że w pierwszej chwili sprawiały wrażenie chaosu. Rzeczy wiszące na setkach gwoździ powbijanych w drewniane regały, mnóstwo pudełek i pojemników – ale każdy z gwoździ miał swoje przeznaczenie, w podpisanych pojemnikach posegregowane śrubki, papiery, elementy maszyn. Niewielka przestrzeń wirtualnie rozrastała się do rozmiarów wielkiego studia filmowego dzięki wiszącym wszędzie karteczkom z podpisami, dzielącym ją na salę projekcyjną, pracownie graficzną, mechaniczną, koloru, wydział dźwięku, „pracownię gastronomiczną życia” (kuchnia) itp. To podpisywanie miało również cele marketingowe. Bo Julek, mimo że otaczała go rzeczywistość, która nie rządziła się zasadami wolnego rynku, w której reklama wydawała się abstrakcją – zawsze starał się dbać o swoją promocję. W przedpokoju swojej niewielkiej pracowni zaaranżował przestrzeń z kanapą, projektorem i ekranem na pokazy filmów dla gości. Do tej „sali projekcyjnej” docierało się przez długi, wąski korytarz, mijając wystawę nagród z różnych festiwali filmowych i ściany obwieszone jego obrazami.
Wszystkie tworzone przez niego dziwaczne przedmioty, choć sprawiały wrażenie artystycznych obiektów, instalacji, miały konkretne zastosowanie. „Chropawa” estetyka filmów nie była jakąś stylizacją, wynikała z użycia takiej, a nie innej techniki. Co nie znaczy, że powstawała przypadkiem, mimochodem – taki był styl Julka, jakaś „chropowatość” była we wszystkim, co tworzył: w maszynach, obrazach, filmach. Nie tylko w sferze wizualnej, ale także w muzyce (w niektórych filmach rozpoznaję chrapliwy dźwięk naszego rozstrojonego pianina) i komentarzach do filmów.

Oczywiście, jako dziecko, nie wszystko mogłam zrozumieć ani docenić. Filmy podobały mi się i śmieszyły mnie, ale np. nie rozumiałam, dlaczego komentarz czyta dozorczyni ze Studia, ani dlaczego Julek nie daje jej czasu na nauczenie się tekstu i zostawia potknięcia, zagraniczne słowa czytane z błędami, z „polską” wymową.
Doceniałam pomysły Julka, ale nie dziwną, chropawą estetykę, która przy tym powstawała. Dla małego dziecka za mało odróżniała się od przypadkowej, „zastępczej” estetyki PRL-u.
Fakt, że radził sobie w tej rzeczywistości, nie znaczy że ją akceptował, uważał za normalną. Miał niezwykłe wyczucie normalności, jakąś głęboko zapisaną wiedzę, jak powinno wyglądać normalne życie. Wykrywał absurdy wokół siebie i gdyby żył teraz, na pewno nie zabrakłoby mu tematów. Być może, zamiast tracić część energii na konstruowanie brakujących rzeczy i na sprytne poszerzanie przestrzeni do pracy, zrealizowałby jeszcze więcej swoich niezwykłych pomysłów.

Szukaj nas na Facebooku

Szukaj