O autorze

Lex Drewinski

Wybitny projektant, plakacista pochodzenia polskiego, mieszkający i pracujący w Berlinie. Jest profesorem w Fachhochshule w Poczdamie.

Artykuł

Artykuł ukazał się w numerze 19 (II/2006) kwartalnika 2+3D

Ilustracje

Identyfikacja wizualna

Nie jest prosto zrobić krzywo

Lex Drewinski, 9 listopada 2012

Artykuł archiwalny

Należę do tych, którym wszelkiego rodzaju „przeszkadzacze”, typu telewizja lub radio, nie tylko nie utrudniają pracy, ale wręcz w niej pomagają. Pracuję zawsze przed dwoma monitorami: od macintosha i od sony. Podczas gdy moje prawe oko męczy się, penetrując uważnie szklaną płaszczyznę ekranu, lewe odpoczywa, oddając się całkowicie telewizyjnej rozrywce.

Kiedy przed laty komponowałem liternictwo na jednym ze swoich plakatów (Stop Sex with Children!), ustawiając je pod kątem 4°, by nadać więcej dynamiki poziomej kompozycji plakatu, nasunęło mi się pytanie, dlaczego liternictwo, a w tym również logo wszystkich oglądanych przeze mnie kanałów telewizyjnych, jest uparcie ustawiane, a później emitowane w pozycji poziomej. Dlaczego napisy układane na przykład po przekątnej, w pionie („po chińsku”) czy do spadu, stanowią w telewizji pewnego rodzaju tabu? To, do czego już dawno zdążyliśmy przywyknąć w plakacie i innych drukach, w grafice telewizyjnej wydaje się wciąż murem, a raczej szklaną ścianą nie do przebicia!

proj. Lex Drewinski

proj. Lex Drewinski

proj. Lex Drewinski

Dlatego też z przyjemnością (chociaż dopiero u progu XXI wieku) „moje lewe oko” odebrało widok nowego znaku telewizji ARTE. Znaku ustawionego bezczelnie po przekątnej ekranu, ukośnie w stosunku do pozostałych układów typograficznych, prowokującego w ten sposób resztę świata. Niemiecko- i francuskojęzyczny kanał telewizyjny z niesfornym logo propaguje kulturę i sztukę, ale zajmuje się również problematyką polityczno-społeczną. W pierwotnej wersji logo Arte ze swoimi czterema literkami (przywodzącymi na myśl wysłużoną Helveticę alias Swiss 721) nie odbiegało od szablonu: było ustawione na modłę innych telewizyjnych znaków – grzecznie, bo jakże by inaczej, w pozycji poziomej. Jedyną godną odnotowania jego cechą było to, że dolne partie każdej z liter (minuskułowych) były obcięte, lub jak kto woli, przesłonięte jakąś niewidzialną płaszczyzną. Mieściło się więc w konwencji grafiki użytkowej lat 80. i 90.

Dopiero ustawienie logo ukośnie względem poziomego ekranu stało się kamieniem milowym w grafice telewizyjnej. Ten prosty zabieg – który jednak nie był całkiem prosty, skoro trzeba było na niego czekać ponad pół wieku – ciągle budzi kontrowersje wśród telewidzów i fachowców, a nawet w grupie autorów tego oryginalnego rozwiązania. Dyrektor artystyczny Michael Goldschmidt, który kierował zespołem grafików, zwierzył mi się z problemów, jakich przysparza nowe logo przy próbach łączenia go z innymi tekstami. Zacząłem się nawet obawiać, że znak może wkrótce paść ofiarą… autocenzury. Do tej pory nie zdecydowano się pójść za ciosem i „przekręcić” jego miniaturki w prawym górnym rogu ekranu. Natomiast, jeżeli już logo pojawia się w swojej niepokornej wersji, to w imponujących rozmiarach i w zestawieniu z najciekawszymi i najnowocześniejszymi rozwiązaniami typograficznymi, jakie obecnie oferuje nam telewizja. Potwierdzeniem tej opinii jest przyznanie Red Dot Award 2005 w kategorii Communication Design twórcom telewizyjnego intro Arte z monachijskiego studia Velvet Medien Design.

proj. Velvet Medien Design

proj. Velvet Medien Design

proj. Velvet Medien Design

proj. Velvet Medien Design

proj. Velvet Medien Design

proj. Velvet Medien Design

Logo Arte najbardziej do twarzy w kolorze pomarańczowym. Ciągle zmieniające się, pulsujące życiem czołówki i zwiastuny programów tej telewizji są doskonałym dopełnieniem dla jej skądinąd bardzo ciekawych audycji. Krótko po emisji nowej wersji logo pojawiły się nieśmiałe próby naśladownictwa, jak dotąd niegodne odnotowania. Tak więc nie sam znak, tylko sposób wkomponowania go na nowo w płaszczyznę ekranu telewizyjnego, zasługuje na najwyższą ocenę i w moim mniemaniu pretenduje do tytułu „graficznego wydarzenia roku”! Gdyby odpowiednika tego rozwiązania szukać we współczesnej architekturze, to z pewnością należałoby wymienić śmiały projekt Muzeum Żydowskiego w Berlinie, 2001 (Das Jüdische Museum Berlin) Daniela Libeskinda. Prezes Bundesarchitektenkammer, Peter Conradi, uzasadniając w 1999 roku wyróżnienie go Niemiecką Nagrodą Architektury, nazwał przyszłe muzeum „odważną i ukierunkowaną na przyszłość budowlą”. W istocie, ta na wskroś futurystyczna architektura (garage-architecture?), jest manifestem przeciwko normalności, a projekt wywodzi się w prostej linii ze stylu zwanego dekonstruktywizmem, powstałego w latach 70. ubiegłego wieku. Z dawniejszych czasów kłania się tu bardzo nisko krzywa wieża w Pizie, chociaż efekt ten, jak wiadomo, wcale nie był zamierzony.

Zabieg zdynamizowania elementu graficznego poprzez ukośne ustawienie go porównuję do „ruchomego celu”. Można sobie wyobrazić lecącego orła, który swoim niezawodnym okiem penetruje podległy mu obszar. Jeżeli na dole nic się nie dzieje, orzeł mknie dalej w poszukiwaniu zdobyczy, ale gdy tylko coś się poruszy, ptak spada w dół i atakuje. Takim „zajączkiem” jest ruchomy element graficzny lub wizerunek produktu na plakacie reklamowym, a „orzeł” to klient, którego wzrok reaguje na ruch i zmianę.

arch. Daniel Libeskind

arch. Daniel Libeskind

arch. Daniel Libeskind

Pozornie błahy fakt ukazania się na ekranach telewizorów „dekonstruktywistycznego” znaku Arte uzmysławia, jak bardzo przyzwyczailiśmy się do symetrii i jak trudno nam odejść od klasycznego kanonu piękna. Jak mało tolerancyjni jesteśmy w stosunku do tego, czego nie znamy. Jako „symetryczni” mamy dwie ręce i dwie nogi, dwoje oczu i dwoje uszu. Jedną głowę, ale już dwie półkule mózgowe. Jeden nos, ale podwójne nozdrza… etc.

Przez całe swoje dorosłe życie stopniowo zatracamy zdolność percepcji świata z wielu perspektyw, jaką mogą poszczycić się dzieci. Podpisując się, grzecznie stawiamy literki z lewa do prawa i staramy się zachować poziom. Dopiero kiedy przyjdzie nam złożyć podpis drżącą ze starości ręką, zauważamy, że stajemy się na powrót dziećmi, a nasz podpis dziwnie układa się po przekątnej. Ale wtedy na naukę jest już za późno i możemy pocałować się w cztery litery… (Arte)!

Szukaj nas na Facebooku

Szukaj