Artykuł

Artykuł ukazał się w numerze 47 (II/2013) kwartalnika 2+3D

Interdyscyplinaria

Nieznośna lekkość kiczu

15 lipca 2016

O kiczu napisano już tyle, że trudno do tego zbioru dorzucić coś nowego… Ale kicz w dizajnie to jak kicz w kiczu. Paradoksalne wyzwanie słodko-kwaśne. I nie chodzi tu o popularny sos, tylko Molesowskie kategorie zabarwione walką Erosa i Tanatosa.

Proszę się nie obawiać – nie będę wyliczał definicji i robił długich zestawień idei, klasyków krytyki kiczu: Adorna, Brocha, Molesa, choć nie zamierzam też od tych panów uciekać. To chyba niemożliwe.
Zacznę jednak (znów…) od Kundery. Pod koniec jego najsłynniejszej książki pojawia się wywód na temat kiczu z kilkoma efektownymi pointami. Oto jedna z nich: „Kicz jest absolutną negacją gówna w dosłownym i metafizycznym tego słowa znaczeniu; kicz eliminuje ze swego pola widzenia wszystko, co w ludzkiej egzystencji jest esencjonalnie nie do przyjęcia”.

Jest nie do przyjęcia, ale jednak jest. Kundera przesuwa pojęcie kiczu w stronę sposobu bycia i myślenia. Właśnie w tych kategoriach często funkcjonuje dizajnerski kicz. Pojawiające się w efekcie przedmioty są wtórne, stanowią tylko etap procesu imitacji, nieszczerego wyładniania rzeczywistości, kłamstwa. Jednak takiego, które akceptujemy, by łagodzić trudy egzystencji, bo jak dalej ujmuje to Kundera: „Kicz jest stacją tranzytową pomiędzy bytem a zapomnieniem”.

Dawniej kicz był łatwiej definiowalny. Znajdował się w opozycji do Wielkiej Sztuki. Był jej krzywym zwierciadłem, pozostawał w dystansie do wielkich dokonań czy, jak wspomina Broch, był „obcym ciałem w ogólnym systemie sztuki lub, jeśli kto woli, obok niego”. Później nazywano go różnie: z jednej strony opozycją sztuki, z drugiej – jej kontrahentem (Barański).

Wiadomo, że przedostawał się do niej i sączył swój lepki syrop. Skala tego zjawiska była jednak skromna i ograniczona do galeryjnych pokazów oraz miłośników tego, co ładne, a niekoniecznie dobre. Dziś te definicje nie są już niezbite, bo też sztuka i jej granice przestały być oczywiste.

Dawniej kicz zamieszkiwał głównie domowe rejony upiększania otoczenia, w postaci bibelotów, makatek, landszaftów. Stanowił parawan przysłaniający codzienność i był oddzielony od realności, intymny, zamykany za drzwiami mieszkań czy świątyń. Dziś pojawiają się problemy z definicją realności – coraz trudniej oddzielić wirtualną hiperrzeczywistość od namacalnych artefaktów. Te niezdefiniowane rejony pomiędzy realnością a marzeniami, między marketingowymi pokusami a możliwościami finansowymi ich odbiorców, stały się doskonałymi nośnikami kiczu. Za sprawą wszechobecnych mediów, kreujących po swojemu rzeczywistość – tak by była łatwa, ładna i komfortowa – z udziałem reklam wciskających kit wszędzie gdzie się da, kicz rozpanoszył się w przestrzeni publicznej; choć byśmy nie mieli na to zupełnie ochoty, jesteśmy zmuszeni do ciągłego obcowania z nim. Paradoksalnie, mając łatwy dostęp do informacji, żyjemy w epoce kiczu, czyli – idąc za Kunderą – w erze kłamstwa. Czyżby przypadek, że dizajn ma się zupełnie dobrze w takiej sytuacji? Cóż, dawniej było wzornictwo, projektowanie. Dziś jest dizajn.

Większość ludzi lubi kicz, bo jest on do lubienia, i nie ma w tym nic nienaturalnego, lecz zazwyczaj jest to forma oczywista, rozbrajająco szczera w swej obłudzie. Można tu wymienić spatynowane już częstym nadużywaniem przykładu ogrodowe krasnale czy imitacje antycznych rzeźb, nie zapominając o arsenale odpustowych gadżetów w rodzaju „świętych” obrazków z dyskotekowym podświetleniem, portretów „matek boskich” nawiązujących do tabloidowych wizerunków kobiecego piękna. W tej kategorii mieszczą się również stałe ludzkie tęsknoty do natury, pomieszane z tęsknotą do nowości i technologii, materializujące się w obrazach z szumiącymi wodospadami czy ćwierkającymi ptaszkami, pływającymi rybkami.

Taki kicz, z kategorii słodko-sakralnej, stracił już swoją moc kłamstwa, stał się niewinnym fantazjowaniem dziecka, o którym wiemy, że nie jest prawdą, ale też nie do końca jest kłamstwem – raczej zmyśleniem, pomieszaniem realności z fantazją.

Tego rodzaju kicz robi nam dobrze, ponieważ obcując z nim, mamy poczucie wyższości. Nie dajemy się nabrać, raczej rozczulamy się nad pokrętnością ludzkich tęsknot i nad ich niezmiennością; możemy obdarzać go pobłażliwym uśmiechem. Wiemy, gdzie można się spodziewać spotkania z nim, jest przewidywalny i niezbyt groźny.

To ten kicz, o którym Kundera pisze: „W chwili, kiedy pojmujemy, że kicz jest kłamstwem, przestaje on być kiczem. Traci swą autorytatywną władzę i jest wzruszający jak każda inna ludzka słabość. Bo przecież nikt z nas nie jest nadczłowiekiem i nie może w pełni ustrzec się kiczu. Choćbyśmy nim nie wiem jak pogardzali, kicz przynależy do ludzkiego losu. Źródłem kiczu jest autorytatywna zgoda na byt”.

Znacznie groźniejszy jest ten kicz, który nie przyznaje się do siebie samego, a otacza nas coraz ciaśniejszym kręgiem. Wychodzi poza typowe formy, stając się kłamstwem, w które wierzymy. Dizajn przynosi to zagrożenie. Ludzie nauczyli się już, że jeśli coś jest „dizajnerskie”, to można temu zaufać – to „coś” jest wyrafinowane, dobrze zaprojektowane.

Kiedy w reklamie pada magiczne zaklęcie xdesign w reklamie, to wiadomo, że coś musi być drogie, lepsze i że znajdzie nabywców, którzy mając xdesign, podniosą swój status społeczny. Będą mogli zamanifestować swój xlifestyle, wysyłając sygnał otoczeniu: „stać nas, znamy się”. Już tu moglibyśmy się zatrzymać i długo rozważać to popularyzowane przez globalny marketing kłamstwo stylu, ustawiania ludzi według wyglądu i posiadanych rzeczy. Efekty pracy dizajnerów uczestniczą żywo w tym targu próżności. Ale przejdźmy dalej: tu można powiedzieć przewrotnie, że to znów nic takiego – jedno z praw natury, z obszaru walki biologicznej. Osobniki danego gatunku chcą być postrzegane jako lepsi od innych, co daje większe szanse przekazania genów. A że to wszystko takie zawoalowane…? Cóż, taka jest kultura, której enfant terrible jest kicz.
W powszechnym mniemaniu dizajn jest – czy raczej: ma być – strażnikiem dobrego gustu, antytezą kiczu i świątynią dobrego smaku. Skądinąd, w świątyniach jest sporo kiczu.

Dizajn jest szczególnie podatny na przyjaźń z kiczem. Doskonale mieści się aż w trzech kategoriach wymienianych przez Molesa. Są to: xsytuacje kiczowe, takie jak sztuka urządzania wnętrz, xdziałania kiczowe, czyli projektowanie przemysłowe, i xprzedmioty kiczowe. Dizajn balansuje na pograniczu sztuki i powszechności, czasem operuje formami, które mają wysokie wartości estetyczne, jednak zostają zbanalizowane, pozbawione indywidualizmu poprzez masową produkcję. I znów jesteśmy u Molesa, który jako atrybuty kiczu wymienia: masową produkcję, banalizację przekazu, nieszczerość czy wręcz zdradę materiału – imitację, oraz pozorne emocje – afekty. Dizajn ma trafiać do szerokich grup odbiorców, zachwycać w pierwszym kontakcie. Kiedy jest używany jako marketingowe narzędzie do osiągania szybkiego zysku, nie powinien być nawet refleksyjny czy zmuszać do głębszych przemyśleń i emocji.

Prześledźmy związki kiczu i dizajnu na kilku przykładach – jest ich tyle, że potraktuję je bardzo wybiórczo i skrótowo. Odpowiedzialność za te niebezpieczne związki jest zbiorowa i czasem trudna do ustalenia; uczestniczą w niej: producenci, projektanci, marketingowcy, menedżerowie.

Jednym z oczywistych, a przez to mało niebezpiecznych obszarów operowania kiczem w dizajnie jest świadome odwoływanie się do przedmiotów i zjawisk kiczowych, kulturowa gra z użytkownikiem, puszczanie do niego oka, sprawdzanie jego świadomości i poczucia humoru. Tu przykładem są różowe, plastikowe kopie trofeów łowieckich, tworzenie mody na „obciach”, stylizacja na kiczowate makijaże i stroje rodem z kolorowych lat osiemdziesiątych (zagranicznych), wprowadzanie do wnętrz wspomnianych już krasnali ogrodowych i innych siermiężnych wytworów. Po dizajnerskim namaszczeniu mają być one „fajne”. Ta gra toczy się do momentu zerwania relacji ze świadomością użytkownika, kiedy nie odczyta on już zbyt dalekich skojarzeń, a młody odbiorca, nie znając kulturowego kontekstu, będzie kształtował swój smak estetyczny na pastiszu.

Na granicy groźniejszego kłamstwa są produkty pozornie dobrze zaprojektowane. Odrzucają manierę zdobienia, są powściągliwe w wyrazie, ale niezależnie od funkcji, jaką pełnią, wyglądają podobnie. Budzik, papierośnica czy komputer mają kształt srebrnej kostki, koniecznie z jakimś okrągłym guziczkiem. Dobrze, jeśli pojawia się na nich wyświetlacz. Produkty takie operują schematem, brak w nich szczerości. Srebrna skrzynka to zazwyczaj tworzywo sztuczne, które ma wyglądać jak metalowa powierzchnia.

Modernizm wprowadził zasadę oszczędności i rezygnacji z nadmiaru zdobnictwa, ale operował świetnie znalezionymi proporcjami formy, autentyzmem użytkowym, działaniem detalu w opozycji do „czystych” powierzchni. Te produkty, które można określić jako popłuczyny modernizmu, proponują odbiorcy „kwadraturę koła”, schematycznie i często bez wyczucia. Minimalizm jest pożądany w świecie przesytu form, ale definiowanie wielu przedmiotów tym samym kształtem, przenoszenie zawidzianach schematów, traktowanie wszystkiego wspólnym estetycznym mianownikiem nie jest minimalizmem, raczej – prymitywizmem.
Dotyczy to zresztą nie tylko „pudełkowego” dizajnu, podobne rzeczy można powiedzieć o specyficznej, miękkiej, elipsowatej linii dizajnerskiej, powstałej jakby z jednego pociągnięcia markerem.

W innej kategorii operowania schematem mieści się projektowanie motoryzacyjne i trendy, jakie się w nim pojawiają. Powielanie często absurdalnych form, mających wywoływać tanie emocje, powoduje modę na „skośne oczy” reflektorów, płynne, rozlewające się po karoserii linie, barokowo wyrzeźbione klosze tylnych lamp. Ale to wątek na oddzielne spotkanie.

Przedmioty są dość łatwo demaskowane i wnikliwy obserwator lub użytkownik prędzej czy później odkryje ich nieszczerość. Jednak kicz – czyli, łagodnie ujmując, nieszczerość – opanował również z pozoru niewinną, ale i będąca narzędziem kłamstwa warstwę języka. W odniesieniu do dizajnu pojawiło się sporo słów kluczy, albo raczej wytrychów. Mają one niby tłumaczyć, że to, czym się zajmujemy, jest dobre, mądre, sprawiedliwe i uczciwe. No, przynajmniej ma być widać, że takie powinno być.
Tu wysypują się określenia tyle urocze, co często nic nieznaczące: innowacja, kreatywność, transfer, klaster, aktywizacja, współpraca, nowatorstwo i nowość we wszelkich odmianach. Te terminy, niczym kwiatek dizajnu, są przypinane do administracyjnego kożucha i mają być gwarantem różnych wątpliwych przedsięwzięć.

Weźmy na warsztat innowacje. Kto powiedział, że nadnaturalne przyspieszanie zmian jest korzystne? Ale są fundusze, więc trzeba je wydać, nawet jeśli nie ma na to nośnych pomysłów, wymyśla się innowacyjne banialuki, takie jak „innowacje marketingowe”. Służą one nabieraniu klienta na zakup nowego produktu, choć ten stary ma się zupełnie dobrze. Pojawiają się swoiste wyścigi zbrojeń, na przykład producentów aparatów fotograficznych, gdzie na niewielkie powierzchniowo matryce w amatorskich kompaktach pakuje się kolejne miliony pikseli.

Zdecydowanie lepiej brzmi 16 mln niż 8 mln i nie ma większego znaczenia, że przeciętny użytkownik robiący odbitki 10 × 15 cm nigdy nie dostrzeże różnicy. Może to i lepiej, bo nie zauważy, że czasem ten „gorszy” aparat, o matrycy wyposażonej w mniejszą liczbę pikseli, robi mniej „zaszumione” zdjęcia.

Oczywiście, rozumiem potrzeby zmian i ewolucji, ale zwracam tu uwagę na powierzchowność i przesyt, które są nieszczere, kłamliwe i wątpliwe, słowem – kiczowate. Najgorsze jest to, że i sami projektanci dają się nabierać na te kłamstewka.

Jeśli już jesteśmy przy projektantach, to odsłońmy jeszcze inną kartę w grze w kicz. Marzenia o sławie są naturalne i zdarzają się każdemu, ale część projektantów zmienia się w celebrytów, pokazujących swoją twarz, a niekoniecznie produkty. Wypowiadają się w mediach na każdy temat i niczym prorocy wieszczą przyszłe dzieje świata. Niby „taka praca”, popularność jest narzędziem, które podnosi popyt na danego projektanta. Nic złego w tym, że ktoś potrafi zaprojektować również własny wizerunek i nim handlować, pod warunkiem że nie do końca wierzy we własne kłamstwo, ma świadomość kiczowej sytuacji, którą tworzy własną postawą. Mistrzem, również w tej dziedzinie, okazał się Starck, który na okładce swojego katalogu jest sfotografowany z wielkim napisem „liar” na plecach. Pokazał w ten sposób dystans do siebie i swojej pracy, nie jedyny raz zresztą. W wywiadzie dla TED talks z klasą showmana przyznaje z uroczym francuskim akcentem: „I think my job is absolutely useless. I mean I feel useless. […] I feel like a shit.

Wracając zatem do cytatu z Kundery z początku tekstu: „Kicz jest absolutną negacją gówna w dosłownym i metafizycznym tego słowa znaczeniu”, wiemy dlaczego pan Philipe Starck nie wstydzi się kiczu.

Po tym spacerku (a raczej – ze względu na objętość artykułu – joggingu) na tle plastikowych palm w świetle zachodzącego słońca LED, nasuwa się pytanie: co nie jest kiczem w dizajnie? Ale to zostawiam już czytelnikom do przemyśleń na krótkie wiosenne wieczory.

Piotr Mikołajczak

Szukaj nas na Facebooku

Szukaj