O autorze

Jan Sowa

Socjolog, eseista. Studiował polonistykę, psychologię i filozofię na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Od 2006 doktor socjologii. Aktualnie jest adiunktem w Instytucie Kultury Uniwersytetu Jagiellońskiego. Publikował m.in. w Lampie, Krytyce Politycznej i magazynie Ha!art, z którym jest związany od 1999 roku. Jest redaktorem Linii Radykalnej Korporacji Ha!art. Przewodniczący rady Fundacji Korporacja Ha!art.

Artykuł

Artykuł ukazał się w numerze 27 (II/2008) kwartalnika 2+3D

Teoria dizajnu

Nieznośna płynność bytu, czyli jak rewolucja kapitalistyczna pożera własne dzieci

Jan Sowa, 18 marca 2013

Artykuł archiwalny

Francuski antropolog Marcel Griaule powiedział kiedyś, że po to, abyśmy mogli dowiedzieć się czegoś o obcym społeczeństwie, musi być już ono nieco zepsute, to znaczy muszą znaleźć się w nim jednostki, które potrafią spojrzeć na własną kulturę „z zewnątrz” i dzięki temu stać się informatorami, oferującymi wgląd w odmienną i zamkniętą logikę obcego społeczeństwa. Jest to objaw zepsucia, ponieważ zdrowe społeczeństwo nie zastanawia się nad swoimi instytucjami. Tak samo jak nie myślimy o swoich kolanach, dopóki nie dostaniemy reumatyzmu lub z innych przyczyn nie zaczną nas boleć. Po prostu chodzimy. Jeśli zgodzimy się z Griaule’em, przyznać nam przyjdzie, że nasza własna kultura jest zepsuta do szpiku kości. Setki tysięcy socjologów, psychologów społecznych, filozofów, pedagogów, politologów, ekonomistów, dziennikarzy i innych „specjalistów od spraw społecznych” rozsianych po całym świecie badają i analizują nasze społeczeństwa. Zepsucie to trwa też od dość dawna. Średniowiecze wydaje się jeszcze zdrowe. Wiele uwagi i wysiłku poświęcono w nim rozwijaniu takich dyscyplin jak teologia, eschatologia, angeologia czy demonologia, refleksja nad panującym wtedy porządkiem społecznym i kulturą odgrywała rolę marginalną. Jednak gdy tylko średniowiecze zaczyna się chylić ku końcowi, nasza kultura zaczyna się psuć.

Zepsucie osiąga kulminację wraz z nastaniem nowoczesności, która staje się obsesyjnym wręcz przedmiotem refleksji. Od Co to jest oświecenie? Kanta po Płynną nowoczesność Baumana epoka, w której żyjemy, podlega coraz większej problematyzacji, analizie i krytyce. Da się też wskazać wektor, po którym porusza się namysł nad nowoczesnością: rzeczywistość społeczna postrzegana jest jako coraz bardziej względna, zmienna, niestała, dynamiczna, płynna i nieprzewidywalna. Świetnie opisuje ją diagnoza postawiona przez Marksa i Engelsa w Manifeście komunistycznym, którą ­Marshall Berman wybrał na tytuł książki poświęconej doświadczeniu nowoczesności: „wszystko, co stałe, rozpływa się w powietrzu”. Stałość, wielkość, masywność i trwałość nie są cechami cenionymi ani pożądanymi. Chodzi o coś wręcz przeciwnego: o powszechną płynność. Najpełniej objawia się to w sferze kultury materialnej. Jak pisze Bauman, „[celem] nie jest dzisiaj trwałość i długofalowa użyteczność produktów, ale przyprawiająca o zawrót głowy szybkość ich cyrkulacji i przerobu, szybkość, z jaką starzeją się, trafiają na śmietnik i są zastępowane przez nowsze produkty. Wielowiekowa tradycja uległa znamiennemu odwróceniu: dziś możni tego świata stronią od tego, co trwałe, i chwytają się tego, co przemijające, a ludzie strąceni na dno drabiny społecznej walczą desperacko, aby ich mizerne, kruche, nietrwałe dobra mogły być używane nieco dłużej”1.

Drugą cechą wspólną wielu tekstów jest poszukiwanie terminu, którym dałoby się najtrafniej określić najnowszą postać nowoczesności, czyli czasy nam współczesne. Zdaniem Lyotarda jest to „ponowoczesność”, według Giddensa „druga nowoczesność” czy też „późna nowoczesność”, w opinii Baumana „płynna nowoczesność”. Niemiecki filozof Peter Sloterdijk uważa, że nowoczesność wcale się nie skończyła i obecnie wyciągamy tylko z niej ostateczne wnioski. Z diagnozą taką zgadza się również Jacques Rancière. Jak na obfitość refleksji poświęconej nowoczesności nowych pojęć jest w niej jednak zaskakująco mało. Autorzy posługują się zazwyczaj tradycyjnym repertuarem terminów socjologicznych i filozoficznych, takich jak więź, emancypacja, klasa, struktura społeczna, praca, ryzyko, wolność, jednostka itp.

W ostatnim czasie pojawiło się jednak nowe słowo, dające nadzieję na ujęcie wielu zjawisk typowych dla nowoczesnego społeczeństwa w jednym schemacie pojęciowym: precarity. Słowo to nie ma jak dotąd polskiego odpowiednika. Pochodzi od ­łacińskiego rdzenia caritas (miłosierdzie, miłość do bliźniego, troska) i opisuje kondycję czegoś (lub kogoś), o co (kogo) trzeba się zatroszczyć (w angielskim oryginale słyszymy czasownik to care, czyli dbać, troszczyć się, przejmować się czymś). ­Chociaż jako termin wywodzi się z filozofii chrześcijańskiej i odnosi się w niej do czegoś (lub kogoś), co (kto) ze względu na swoją fatalną sytuację wymaga modlitwy, stało się powszechnie znane dzięki użyciu go przez lewicową krytykę i teorię społeczną. Precarity to brak pewności, stałości i stabilności, chroniczna niemożliwość przewidzenia przyszłości i nieustanny lęk, że przyniesie ona tylko pogorszenie sytuacji. Jest to kondycja kruchej i niepewnej egzystencji, na jaką skazana jest spora część światowej populacji, również w krajach rozwiniętych (w innej terminologii zwanych Centrum lub ­Północą). Dotyczy ona ludzi czasowo lub trwale bezrobotnych, utrzymujących się z dorywczych prac, zatrudnianych na krótkoterminowe umowy, migrujących w poszukiwaniu zarobku, pracujących na częściowe etaty lub zmuszanych do podpisywania in blanco swojego wypowiedzenia wraz z umową o pracę (praktyka dość częsta w wielkich korporacjach). Oznacza życie pełne niepewności i trudne do zaplanowania, życie, w którym kilkakrotnie trzeba zmieniać nie tylko miejsce pracy, ale również zawód, a nawet najlepsze stanowisko stracić można z dnia na dzień. Życie takie staje się udziałem coraz większej liczby ludzi, bo czasy, gdy spędzało się w jednej firmie lub na tym samym stanowisku czterdzieści lat, coraz szybciej odchodzą w niepamięć.

Z socjologicznego punktu widzenia kwestią niezwykle interesującą jest brak jednoznacznego klasowego ulokowania precarity2. Gdy słyszymy o dorywczych pracach wykonywanych na umowę zlecenie i ciągłych zmianach miejsca zatrudnienia, niepewnej przyszłości i konieczności nieustannego przeskakiwania z jednej branży do innej, myślimy automatycznie o niższych warstwach społecznych i pracownikach niewykwalifikowanych. To skojarzenie jest jednak rodzajem poznawczego atawizmu: błędnym odczytywaniem społecznej rzeczywistości odziedziczonym po epokach przednowoczesnych lub wczesnonowoczesnych, gdy elity zamieszkiwały w murowanych pałacach, a przysłowiowy motłoch kłębił się w skleconych naprędce slumsach. Dzisiaj niestabilność, płynność i ciągła zmiana to rzeczywistość, która dotyka nie tylko mechaników, kierowców, hydraulików czy przedstawicieli tzw. underclass, ale osób oraz zawodów z samego szczytu społecznej drabiny – menedżerów, projektantów, specjalistów od marketingu, dziennikarzy, inżynierów, wysoko wykwalifikowanych techników itp. – dla których bywa nawet bardziej bolesna. Precarity to kondycja cechująca postfordowski model organizacji produkcji i jako taka przecina na skos tradycyjne podziały klasowe, niezależnie od tego, czy klasy społeczne rozumiemy zgodnie z tradycją marksistowską w relacji do środków produkcji, czy weberowską – jako predyktor szans życiowych. Niestabilność nie jest dzisiaj przekleństwem społecznych dołów, ale chlebem powszednim tych, których jeszcze wczoraj śmiało zaliczalibyśmy do elity.

Zmienność i płynność charakteryzują nie tylko ludzką egzystencję, ale również sferę kultury materialnej. Nowoczesność cechuje się w niej swoistym odwróceniem, które sygnalizuje Bauman w przywoływanym cytacie: cechami dystynktywnymi produktów najwyższej klasy wcale nie są obecnie trwałość, masywność i wytrzymałość, jak było kiedyś. Być może są one pożądanymi cechami przedmiotów o rodowodzie przednowoczesnym, na przykład mebli. Jednak większość z tego, co podarowała nam nowoczesność, zdecydowanie zmierza do przeciwnego ideału: lekkości, zmienności, krótkotrwałości. Nowy paradygmat produkcji i konsumpcji dyktuje dziedzina par excellence nowoczesna, a mianowicie elektronika. Weźmy jedną z najnowszych innowacji technologicznych: telefon komórkowy. Trwałość nie jest jego istotną zaletą. Oczywiście, musi być minimalnie wytrzymały i odporny na uderzenia, ale kogo obchodzi, czy jego telefon będzie działał przez wiele lat, skoro przeciętny użytkownik zmienia telefon co osiem miesięcy, a aparat używany jest średnio przez zaledwie trzy lata?3 W przetargu między trwałością i solidnością z jednej strony, a lekkością, małymi rozmiarami i niską ceną z drugiej logika rynkowa jest zawsze po stronie tych ostatnich. To samo dotyczy komputerów, odtwarzaczy mp3, sprzętu grającego, telewizorów. Skraca się średni czas życia samochodów, urządzeń AGD i ubrań. Niektóre trendy tego typu mają charakter długoterminowy: wraz z postępem cywilizacyjnym zmniejsza się trwałość najpopularniejszych nośników informacji. W odróżnieniu od glinianych tabliczek, papirusów czy nawet starszych rodzajów papieru w zasadzie żaden z używanych przez nas dzisiaj na co dzień nośników informacji nie ma najmniejszych szans, aby przetrwać tysiąc lat, a część nawet połowy tego okresu (np. szacowany czas życia płyt cd waha się od 20 do 200 lat). Dramatycznie spada trwałość konstrukcji budowlanych. Ile spośród nowych drapaczy chmur będzie za siedem wieków stać równie dumnie, jak dzisiaj gotyckie katedry? Nasza kultura skazana jest na programową amnezję, a archeologom przyszłości odkopującym pozostałości naszej cywilizacji trudno będzie zrekonstruować znaczenie niewielu artefaktów, które po nas przetrwają (głównie plastikowe śmieci i odpady radioaktywne).
    
Rosnąca niestabilność, zmienność i płynność społecznej rzeczywistości, przejawiająca się jako precarity i dotykająca coraz to nowych grup społecznych nie jest bynajmniej objawem kryzysu, zapaści lub obniżenia gospodarczej koniunktury. Wręcz przeciwnie, jest paradoksalnym skutkiem przedsięwzięcia, którego rozwój stanowi przynajmniej od pięciuset lat główną siłę kształtującą świat, w którym żyjemy: kapitalizmu. Marks i Engels prawie półtora wieku temu tak pisali o jego miażdżącej sile: „Burżuazja nie może istnieć bez nieustannego rewolucjonizowania narzędzi produkcji, a więc stosunków produkcji, a więc całokształtu stosunków społecznych. Natomiast pierwszym warunkiem istnienia wszystkich dawniejszych klas przemysłowych było zachowanie bez zmiany starego sposobu produkcji. Ciągły przewrót w produkcji, bezustanne wstrząsanie wszystkimi stosunkami społecznymi, wieczna niepewność i wieczny ruch odróżniają epokę burżuazyjną od wszystkich innych. Wszystkie stężałe, zaśniedziałe stosunki, wraz z nieodłącznymi od nich z dawien dawna uświęconymi pojęciami i poglądami, ulegają rozkładowi, wszystkie nowo powstałe starzeją się, zanim zdążą skostnieć. Wszystko, co stałe, rozpływa się w powietrzu, wszelkie świętości zostają sprofanowane i ludzie są nareszcie zmuszeni patrzeć trzeźwym okiem na swe stanowisko życiowe, na swoje wzajemne stosunki”4.

Rewolucja kapitalistyczna w ciągu ostatnich dwustu lat wywróciła rzeczywiście do góry nogami stary porządek społeczny i zrewidowała dawne hierarchie (urodzenia, majątku, pochodzenia, znajomości itp.). To ona obaliła ostatecznie zależności typowe dla świata feudalnego, wynosząc najbardziej przedsiębiorczą spośród wszystkich grup społecznych – burżuazję – na szczyt społecznej drabiny. Na tym się jednak nie skończyło. Kapitalizm jest rewolucją permanentną, która wymknęła się spod kontroli i zaczyna – jak ponoć każda rewolucja – pożerać swoje własne dzieci, czyli tych, którzy mogli wcześniej szczycić się przynależnością do klasy uprzywilejowanej w bogatych społeczeństwach Północy: dobrze wykształconych mieszkańców wielkich miast.

Ta najnowsza faza kapitalistycznej rewolucji ma swoją nazwę: globalizacja. Przekonanie, że ­stanowi ona wyłącznie problem społeczeństw biednych, które cierpią wyzyskiwane przez międzynarodowe korporacje, jest dość naiwną wizją sytuacji, jakie rodzi neoliberalny kapitalizm. Jego podstawowa procedura to upłynnianie wszelkich zakrzepłych form społecznej organizacji, które stoją na drodze akumulacji kapitału. A jak wiadomo, ciecz uwolniona spod kontroli dąży przede wszystkim do wyrównania swojego poziomu. Dlatego pozbawiony ograniczeń kapitał zabrał się ochoczo do wyrównywania ceny tego czynnika produkcji, którego wartość była wcześniej kontrolowana przez władze państwowe: kosztów pracy. Stabilność i bezpieczeństwo społeczeństw Północy były przez kilka ostatnich dekad utrzymywane dzięki dwojakiemu ograniczeniu swobody poruszania się kapitału: technologicznemu oraz państwowo-prawnemu. Przeniesienie niektórych form produkcji do krajów biednych pozostawało do pewnego momentu trudne, ryzykowne i kosztowne (bo technologia była droga, telekomunikacja słabo rozwinięta, a wiele etapów procesu produkcyjnego wymagało zatrudnienia wykwalifikowanych robotników, których trudno było znaleźć poza krajami rozwiniętymi). Wysokie bariery celne i inne przepisy utrudniały swobodne przemieszczanie towarów wyprodukowanych poza granicami krajów bogatych. Gdy tylko oba ograniczenia uległy osłabieniu, rozpoczęło się coś, o czym dowiedzieć się można z dowolnego podręcznika ekonomii i co zrobiłby też każdy przedsiębiorca obdarzony odrobiną zdrowego rozsądku: wyrównanie cen czynników produkcji. Skoro tę samą pracę, co robotnik we Francji, któremu trzeba zapłacić 15 lub 20 euro za godzinę, może wykonywać robotnik w Chinach za 1 euro dziennie, po co produkować cokolwiek we Francji? W czasie pierwszej fali globalizacji (czyli w latach 70. i częściowo 80. xx wieku) do krajów biednych przeniósł się przemysł niewymagający wysoko wykwalifikowanej siły roboczej (np. tekstylny, samochodowy), później przyszła kolej na elektronikę i inne wysokie technologie. Do pewnego momentu wydawało się, że istnieje grupa zawodów – jak lekarz, prawnik czy nauczyciel – które są uodpornione na takie działanie globalizacji. Technologie telekomunikacyjne czynią jednak cuda. Dzięki darmowym wideokonferencjom przez internet (umożliwia je np. Skype) nauczyciele z Indii, Filipin czy Karaibów udzielają korepetycji uczniom w USA za mniej niż połowę ceny, którą trzeba zapłacić w Stanach Zjednoczonych (a i tak jest to dziesięciokrotnie więcej niż są w stanie zarobić, ucząc na miejscu dzieci swoich rodaków)5. Mają – zakupione również przez internet – amerykańskie podręczniki i ich usługi niczym nie różnią się od tego, co oferują nauczyciele amerykańscy. Płaci się za nie kartą kredytową lub przez internetowy serwis PayPal. Wszystko odbywa się całkowicie legalnie, bo praca jest wykonywana np. w Indiach, nie potrzeba więc na nią pozwolenia wydanego w USA. Dla amerykańskich nauczycieli oznaczać to może postępującą obniżkę dochodów, trudności ze znalezieniem pracy, a w końcu również bezrobocie. Na podobnej zasadzie da się z biedniejszego kraju zaimportować ekspertyzę medyczną, chociaż w jej wypadku zakres usług jest oczywiście węższy 6. Można jednak zdiagnozować pacjenta, a nawet przygotować operację za pośrednictwem internetu przy udziale specjalisty mieszkającego na drugim końcu świata. A więc także lekarze padać będą ofiarą wyrównywania cen czynników produkcji. Oto nowoczesność neoliberalnego, globalnego kapitalizmu. Witamy w świecie zuniwersalizowanej precarity!

W całym tym procesie jest pewna ironia. Gdy dziesięć lat temu pierwsze protesty antyglobalistycznych aktywistów zaczynały przebijać się do publicznej świadomości, można było usłyszeć moralizatorskie głosy, że to tylko fanaberie bogatych dzieci z dobrych domów, którym z nudy i nadmiaru dobrobytu poprzewracało się w głowach. Minęła dekada, a globalizacja, tak hołubiona i wychwalana przez liberałów, zaczęła prześladować nie tylko mieszkańców krajów biednych, ale również burżuazję w krajach rozwiniętych, a tym samym podcinać gałąź, na której zasiadają elokwentni apologeci wolnego rynku i neoliberalnej gospodarki. Precarity, zagrażająca współcześnie świetnie wyedukowanym obywatelom tej części Ziemi, która kiedyś dumnie sama nazwała się Pierwszym Światem, przypomina kondycję, jaką tzw. Trzeci Świat znał od bardzo dawna: frustracja, niestabilność, brak perspektyw, konieczność pracy poniżej ambicji i kwalifikacji. Wygląda to na kolejny przypadek zjawiska, które Hannah Arendt nazwała „podmuchem powrotnym”: to, co potęgi kolonialne wyeksportowały kiedyś na peryferia, teraz do nich wraca. Zamiast rozwoju krajów zacofanych na wzór rozwiniętych – co w latach 50. xx wieku przepowiadały teorie modernizacji, a jeszcze w 90. tego samego stulecia Francis Fukuyama – mamy raczej do czynienia z demodernizacją obszarów uważanych za cywilizacyjną awangardę: dezindustrializacją, destabilizacją, demontażem państwa opiekuńczego i destrukcją osłon socjalnych, które przez wiele dekad chroniły pracowników w krajach wysoko uprzemysłowionych przed bezlitosnymi kaprysami rynku. Ale cóż – jest to nasze własne dzieło, nawet jeśli „spoglądamy [na nie] zadziwieni, jak uczeń czarnoksiężnika, nie mogący zapanować nad mocami piekielnymi, które sam wywołał” 7.

1.    Z. Bauman, Płynna nowoczesność, tłum. T. Kunz, Kraków 2006, s. 17.
2.    Używam tego słowa w wersji angielskiej, bo nie potrafię znaleźć żadnego zgrabnego i dobrego odpowiednika polskiego, a neologizm prekarność jest nie tylko językowym koszmarem, ale także niepotrzebnie budzi skojarzenia z prawem karnym czy karnością w sensie posłuszeństwa.
3.    Dane dotyczące Stanów Zjednoczonych.
4.    K. Marks, F. Engels, Manifest komunistyczny [brak informacji o autorze tłumaczenia], w: K. Marks, F. Engels, Dzieła wybrane, Warszawa 1949, t. 1, s. 29. Przekład nieznacznie zmodyfikowany w celu uzgodnienia z przywoływaną w tekście książką Marshalla Bermana.
5.    Zob. np. www.smarthinking.com
6.    Zob. np. www.offshoremd.com
7.    K. Marks, F. Engels, Manifest komunistyczny, dz. cyt., s. 31.

Szukaj nas na Facebooku

Szukaj