O autorze

Piotr Mikołajczak

Artykuł

Artykuł ukazał się w numerze 26 (I/2008) kwartalnika 2+3D

Ilustracje

Produkt

Ognisty przedmiot pożądania

Piotr Mikołajczak, 14 marca 2013


Artykuł archiwalny

Obsesja wypatrywania przedmiotów nieoczywis­tych prowadzi mnie do wielu podejrzanych miejsc. To różne stragany, targowiska, sklepy spożywczo‑przemysłowe. Ta choroba zawodowa nie pozwala przejść spokojnie obok zwykłego kiosku Ruchu, nie mówiąc już o sklepach z pamiątkami czy upominkami, gdzie zdarza się prawdziwa kumulacja przedmiotów o nieoczywistym przeznaczeniu. Nie jest to zupełnie bezpieczna zabawa, bo niby spokojny polski kurort, drewniana budka z suwenirami, a oto co spotykam na tej drodze: gorące kobiety, seks, broń, szybkie samochody i motocykle, samoloty, statki, pociągi, fragmenty garderoby. Wszystko migocze, wydaje stosowne dźwięki i płonie. Ta rekwizytornia sensacyjnego thrillera mieści się na kilkudziesięciu centymetrach szklanej półki i jest kostiumem jednego aktora, przedmiotu o tysiącach twarzy – kieszonkowej zapalniczki.

Obok wyzywających przedmiotów pożądania stoją modele skłaniające do refleksji. Proszę sprzedawcę o podanie jednego z nich. Z beczułkowatego, metalowego korpusu płynnie wyrasta stylizowana głowa ptaka. Gawron, pustułka? Chyba miał być orzeł… Żeby rozwiać wątpliwość, czytam napis wytłoczony na korpusie: Eagle. No dobrze, to jeszcze nic takiego, w końcu widuje się różne wariacje na temat tego wielonarodowego symbolu. Sprzedawca obserwuje mnie z uśmieszkiem na twarzy – wie, co zaraz nastąpi. Odpalam. Orzeł rozdziawia dziób i wyrzuca z niego zielony jęzor – ­płomień typu jet, ale to dopiero początek atrakcji. Oczy orła zapalają się diodowym czerwonym blaskiem, a z trzewi metalowego korpusu wydobywa się syntetyczny głos stęsknionej 16‑latki: I love you, I love you… Kto przy zdrowych zmysłach kupuje takie rzeczy? – przebiega pierwsza myśl. I kupuję. Nie zapaliłem orłem ani jednego papierosa, powędrował do kuferka, w którym trzymam przedmioty o wysokim stężeniu absurdu; przegródka z zapalniczkami zajmuje znaczącą część tych zbiorów. W kuferku znajdują się tylko wybitne przykłady, jak choćby zegarek na rękę typu elektronik‑zapalniczka; pozostałe zbieram wizualnie, wypatrując.

Długie zimowe wieczory sprzyjają ­refleksji, więc zacząłem rozprawiać się z zapalniczkowymi cudami. Na początek mógłbym rozjechać je doszczętnie walcem o nazwie Kicz, czyli sztuka szczęścia Abrahama Molesa, bo spełniają zasady kiczu aż w nadmiarze. Zasada niedostosowania, kumulacji, synestezji… Zainteresowanych odsyłam do wciąż aktualnego źródła. To jednak byłoby zbyt łatwe i nie do końca satysfakcjonujące dizajnera. Zacznę, więc od początku – na tyle skrótowo, na ile wymaga tego objętość felietonu.

Dwa patyczki, którymi nasi przodkowie rozniecali ogień, to chyba pierwsza zapalniczka – czysta ilustracja zasady form follows function; wszystkie kolejne, nowocześniejsze odmiany tego sprzętu sprowadzały się do ulepszania i ułatwiania czynności rozpalania. W ciągu wieków pojawiły się: krzesiwa, hubki, zapalniczka „optyczna”, wykorzystująca skupione promienie słoneczne, zapalniczki chemiczne, mechaniczne i elektroniczne. Po blisko 200 latach ulepszania zapalniczki mechanicznej zyskała ona obecnie postać produktu dopracowanego pod względem technicznym. Nie zamaka na deszczu, płomień nie gaśnie przy byle podmuchu wiatru… Tym samym zapalniczka chwilowo straciła powodzenie wśród rzesz racjonalizatorów i wynalazców. W zamian za uwolnienie się od trudności technicznych wzięła na siebie inne, bardziej subtelne zadania – stała się wizualnym nośnikiem i komunikatorem tęsknot współczesnego konsumenta, kieszonkowym fetyszem. Trudno znaleźć inny przedmiot, który ma tyle wcieleń i kształtów. Ten archetypiczny gadżet służy dziś głównie przyjemności płynącej z posiadania i używania go. Używają przede wszystkim palacze, którzy palą, bo lubią. Oprócz nich z niezliczonego bogactwa kształtów zapalniczek czerpią kolekcjonerzy, gromadząc kolejne edycje jednorazówek bądź wielorazówek o charakterystycznym motywie. Zostawmy jednak kolekcjonerów, o nich może innym razem…

Na niespotykaną dotąd liczbę form i ich dostępność wpływa chińska tania produkcja. Może powinniśmy obserwować to zjawisko i cieszyć się możliwością obcowania z nim… Kto wie, może wkrótce Chińczykom nie będzie się opłacało produkowanie zapalniczek za symboliczne ziarnko ryżu? Do myślenia daje fakt, że najzwyklejsza jednorazówka składa się z 18 rozłącznych elementów – w większości precyzyjnych – metalowych, gumowych, plastikowych; do tego konfekcjonowanie, transport, dystrybucja… Wszystko za cenę detaliczną 90 groszy! Może obecna i poprzednia dekada zyskają w historii cywilizacji określenie Made in China. Dla przeciętnego Chińczyka nie jest to pewnie zbyt wesoły czas, ale dla poszukiwacza kuriozalnych i dziwacznych przedmiotów – prawdziwe szczęście.

W tej rzeczywistości masowego mnożenia się przedmiotów trudno wymyślić zupełnie nowy kształt bądź funkcję, więc producenci uciekają do coraz bardziej surrealnych zestawień i wyobrażeń mających zainteresować nabywcę. Istnieją oczywiście proste i sprawdzone metody wzbudzania zainteresowania, na przykład wizerunek kusząco zerkającej, biuściastej pani. Tę metodę wykorzystuje się w tańszych modelach (1–2 zł), tzw. jednorazówkach przeznaczonych głównie do kiosków. Wystarczy wykrój naklejki dostosowany do kształtu zapalniczki, odpowiednie fotki z paniami i można wypuszczać nową kolekcję o nazwie „Sexy Lady” (zazwyczaj 5 sztuk – haczyk na kolekcjonerów…). W tym segmencie sprawdzają się też sportowe samochody, ckliwe wizerunki zwierząt domowych, kwiaty, piłkarze, umięśnieni panowie, krajobrazy, kolorowe mazy‑abstrakcje oraz okolicznościowe nadruki w rodzaju „Pamiątka z Kudowy”.

Inną metodą zalotów do klienta jest tworzenie przedmiotów parafunkcjonalnych (8–20 zł) typu: zapalniczka‑latarka, zapalniczka‑długopis, zapalniczka‑kalkulator, zapalniczka‑radio, zapalniczka‑kompas, zapalniczka‑termometr. Ten ostatni przykład szczególnie mnie urzeka, ponieważ jest to typowy alkoholowy termometr wkomponowany w metalową obudowę zapalniczki. Przypomnę, że mówię tu cały czas o zapalniczkach kieszonkowych, możemy zatem zmierzyć temperaturę w kieszeni albo w torebce. Moles nazywa to socjopatologią funkcjonalności.

Wyższy szczebel abstrakcji zajmują zapalniczki, w których chodzi przede wszystkim o formę. ­Najprostsze z nich to miniatury broni, atrybutów męskości lub kobiecości, garderoba, telefony, ruletki, lokomotywki, czołgi, wyścigówki, motocykle itp. W celu podniesienia atrakcyjności dodaje się charakterystyczne dźwięki lub zawsze sprawdzające się kolorowe, migające światełka. Proste intencje są czytelne na pierwszy rzut oka; to kieszonkowy substytut niespełnionych pragnień.

Trudniej jest z „mikroinstalacjami”; tu też znajdujemy tradycyjne tematy typu: pani puszczająca oczko albo dama, której za naciśnięciem guziczka opada biustonosz. Jednak w tej kategorii zdarzają się próby poszukiwania „piękna” również w innych formach naturalnych; te być może są adresowane do użytkowniczek. Zdarzają się tu typowo „rzeźbiarskie” owadopodobne korpusy, delfiny, formy inspirowane owocami i warzywami, wreszcie też kwiatami, niekoniecznie żywymi. Moją faworytką wśród tych ostatnich jest zapalniczka z wkomponowanym bukiecikiem sztucznych kwiatków w wazonie, podświetlonych od spodu na czerwono, od góry na fioletowo, a to wszystko na tle lustrzanej powierzchni, która zwielokrotnia efekt. Jak widzę tę zapalniczkę, moje myśli zawsze wędrują w stronę pierwszolistopadowej zadumy.

Niedopuszczalnym uproszczeniem byłoby wrzucenie wszystkich zapalniczek do jednego worka bądź kuferka. Piszę tu o szczególnych formalnie, ale masowo dostępnych modelach w cenie do 20 złotych. Nazwę je biegunem niby‑dizajnu. Na przeciwnym biegunie znajdują się na przykład zapalniczki Brauna, które stanowią kanon nieskazitelnego projektowania – powściągliwego, eleganckiego i trochę suchego operowania środkami wyrazu. Fakturowanie powierzchni, dobór materiałów, zestawienie kolorów (na ogół czarny i srebrny), poszukiwanie proporcji, opracowanie detalu… To dania dla smakoszy. Zapalniczka jest po prostu zapalniczką, skromnym pudełeczkiem mieszczącym w sobie żywioł. Biegun „niby‑dizajnu” znosi wszelkie ograniczenia; znajdziemy tu wszystko, czego zazwyczaj unikają projektanci i co starają się kamuflować, szukając wysublimowanych postaci. Po tej stronie są czyste emocje, proste radości, skondensowana jarmarczna ludyczność, sentymentalizm, odrobina perwersji, czyli przymioty tkwiące gdzieś w każdym człowieku, niezależnie od kultury, do których niechętnie się przyznajemy.

Dwuznaczne uczucia, które budzą się w moim dizajnerskim sumieniu na widok nowej „ekstra zapalniczki” (np. w kształcie damskiej torebki), składają się z urażonej dumy projektanta, że to gra nie fair i poniżej pasa, a jednocześnie zwycięża przyjemność odkrycia nowej wariacji i próba intelektualnego wysiłku, o co tym razem chodziło i do jakich utajonych pragnień odwołuje się twórca oglądanego cacka. W tej skali zmagań o zapalniczkowego klienta jest to zjawisko mało szkodliwe dla świata dobrego smaku. To rodzaj pobłażania dla świeżej „plebejskiej” krwi w rzeczywistości kostniejących dizajnerskich, schematycznych kształtów z cyklu „kwadratura koła” lub srebrne pudełeczko. W „niby‑dizajnie” schematy są wyłożone z całą szczerą naiwnością. Nawet jeśli jest to próba nawiązania do „dizajnerskich”, „czystych” produktów, nie sposób przeoczyć, że to tylko przedrzeźnianie – poza, którą obnaża jakiś nadmiarowy detal albo niepotrzebna nikomu mrugająca dioda.

Zapalniczka to, zależnie od intencji użytkownika i sytuacji, potężne narzędzie zniszczenia lub ocalenia. Wiąże się z pierwotną potrzebą przetrwania, ma w sobie boski rys krzesania potężnego żywiołu, który pozwolił zapoczątkować postęp cywilizacyjny. Pomysłowi twórcy kuriozalnych odmian tego przedmiotu, obarczając go wizualizacjami współczesnych pragnień, przenoszą zapalniczkę z obszaru podstawowej funkcji, jaką jest dawanie ognia, w sferę współczesnej popmitologii. W ten sposób zapalniczka nabiera znaczenia symbolicznego kieszonkowego fetyszu, gdzie do mocy ognia doklejono wizerunki błahych marzeń i pragnień. Skoro jesteśmy już w obszarze mitologii, to półnadzy superbohaterowie (i bohaterki) umieszczani na jednorazówkach nasuwają skojarzenie z Prometeuszem – tytanem, który wykradł ogień bogom, oddał go ludziom i poniósł za to surową karę. Czyżby, mimo uwolnienia przez Heraklesa, była to dalsza jej część… przykucie do zapalniczki?

Szukaj nas na Facebooku

Szukaj