O autorze

Jacek Mrowczyk

Projektant grafik, absolwent Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Stypendysta Fulbrighta w Cooper-Hewitt National Design Museum w Nowym Jorku (2001/02) oraz Fundacji Kościuszkowskiej w Rhode Island School of Design w Providence (2006/07). Współzałożyciel i redaktor kwartalnika projektowego 2+3D. Autor Niewielkiego słownika typograficznego (wyd. Czysty Warsztat)

www.2plus3d.pl

Artykuł

Artykuł ukazał się w numerze 30 (I/2009) kwartalnika 2+3D

Edytorstwo

Postawić na swoje

Jacek Mrowczyk, 7 sierpnia 2010

Wywiad z Przemkiem Dębowskim, projektantem okładek, współzałożycielem wydawnictwa Karakter.

— Przez pięć lat pracowałeś jako freelancer, wykonując okładki dla polskich wydawnictw. To dość wąska specjalizacja. Zrealizowałeś w tym czasie ponad 100 projektów. Na czym polega sekret dobrej współpracy z trudnymi przecież nieraz klientami?
Może zabrzmi to oportunistycznie, ale nauczyłem się, że przede wszystkim należy unikać niepotrzebnego marnowania energii. Jeżeli projektuję okładkę thrillera, który ma się sprzedać w wielotysięcznym nakładzie, to wiem, że wydawca odrzuci wszelkie projekty, nawet najbardziej pomysłowe, w których, dajmy na to, tytuł będzie złożony 14‑punktowym stopniem pisma – podobnych ograniczeń jest oczywiście więcej. Innymi słowy, trzeba wiedzieć, kiedy można poszaleć, a kiedy realizować program minimum (ja np. nawet w najbardziej komercyjnym projekcie staram się wykorzystywać kroje pism z najwyższej półki). Takie podejście pozwala mi się skupić na ambitniejszych projektach, przy których wydawcy nie czują tak potężnej presji rynku i są bardziej otwarci na niebanalne rozwiązania.



— Co sprawiło, że zdecydowałeś się założyć własne wydawnictwo?


— Co sprawiło, że zdecydowałeś się założyć własne wydawnictwo?

— Pomijając moje doświadczenie – przez dwa lata pracowałem w dziale prozy wydawnictwa Znak – chciałem mieć stuprocentową kontrolę nad swoją pracą. Książki rzadko kiedy projektuje się u nas jako całość – zwłaszcza jeżeli chodzi o współgranie oprawy z wnętrzem. Parę razy proponowałem nawet moim klientom, że dorzucę pasującą do okładki makietę wnętrza gratis, ale na ogół nie spotykałem się ze zrozumieniem. A poza tym dopiero w Karakterze (tak nazywa się nasze wydawnictwo) mogę sobie pozwolić na niczym nieskrępowane eksperymenty. W dużym więc stopniu ta decyzja wynikała z potrzeby twórczej swobody.

— Pamiętam, jak w marcu 2007 roku rozmawialiśmy o twoich planach. Czy teraz, po prawie dwóch latach, uważasz, że była to słuszna decyzja?
— No jasne! Nie spodziewałem się, co prawda, że będzie z tym tyle pracy, ale nigdy nie żałowałem tej decyzji. Wydajemy książki, jakich do tej pory w Polsce nie było, i w sposób nadal u nas rzadko spotykany. Chodzi też o robienie czegoś sensownego w kontekście całego życia. Można klepać przeciętne zlecenia jedno za drugim i nawet nieźle z tego żyć, ale po prostu szkoda na to czasu. Lepiej zaryzykować i robić coś ważnego, do czego ma się pełne przekonanie, nawet jeżeli cena (czas, wysiłek, pieniądze) jest wysoka.

— Jak jako współwłaściciel wydawnictwa i tym samym swój własny zleceniodawca patrzysz na kwestie komercyjności okładek? Czy projekt ma tu jakiekolwiek znaczenie? Czy na polskim rynku sprawdzi się okładka odważna, ale nietypowa dla danego segmentu literatury?
— Wydawcy z jednej strony boją się eksperymentów, z drugiej – ascezy, dlatego polskie książki wyglądają, jak wyglądają. Wspominałem już kiedyś, że na ogół projektuje się „nieszkodliwie” – tak, aby jak najmniej odstraszyć potencjalnych czytelników. Nie zgadzam się z takim podejściem. Nie można traktować ludzi jak półgłówków i zakładać, że zniechęci ich cokolwiek, co wykracza poza utarte schematy. Wręcz przeciwnie – mam wrażenie, że to, co nowe, nietypowe, raczej zachęca i przyciąga, takie zresztą były też reakcje pierwszych czytelników naszych książek. To niesamowite uczucie – widzieć, jak księgarze polecają tytuły Karakteru także ze względu na ich oprawę graficzną. Inna sprawa, że praca dla siebie samego jest bardzo trudna, choć akurat kwestia komercyjności dla mnie nie istniała: nie chciałem, żeby takie względy krępowały mi swobodę działania. Zależało mi raczej na tym, żeby książki Karakteru stanowiły swego rodzaju mission statement naszego wydawnictwa. To było największe wyzwanie – znaleźć odpowiedni ton. Nie nadęty, ale też i nie nazbyt krotochwilny. Chcę przez najbliższe parę lat utrzymać spójną stylistykę naszych książek, toteż z jednej strony projekt musiał być uniwersalny, a z drugiej – w jakiś sposób odróżniać się od tytułów innych wydawców. 



— Uważam, że należysz – obok Grzegorza Laszuka i Kuby Sowińskiego – do grupy projektantów młodszej generacji, bez których nie można mówić o nowoczesnej grafice polskiej książki. Co ciekawe, dwóch z nich – ty i Laszuk – nie odebrało wykształcenia plastycznego. Czym, jako samouk, kierujesz się we własnej pracy?
— Studiowałem przez siedem lat polonistykę i ­uważam, że to wiedza, która jest dla grafika nieoceniona. Po pierwsze nabywa się znajomość kultury, jej kodów, symboliki itd. Studia nad literaturą wtłaczają w ciebie całą bibliotekę; oczywiście dużo z tego po drodze ulatuje, ale i tak pozostaje wiedza, która pozwala na przykład na sprawne konstruowanie metafor. Po drugie – nauka interpretacji tekstów i studia nad ­teorią literatury wykształcają umiejętność bardzo dogłębnej analizy, która pozwala wydobyć ukryte lub niejasne sensy. Z dwóch linijek tekstu (a przecież żyjemy w czasach, kiedy wszystko jest tekstem…) można wydobyć dziesięć stron interpretacji. Tego rodzaju zdolność bardzo się przydaje w pracy projektanta (książek, ale nie tylko): więcej dostrzegasz – więcej potrafisz powiedzieć.

Zobacz również www.octavo.pl





Szukaj nas na Facebooku

Szukaj