O autorze

Barbara Kęsek-Bardel

Absolwentka Historii Sztuki UJ, jest kierownikiem artystycznym wydawnictwa Znak i prezesem fundacji Znaczy się.

Artykuł

Artykuł ukazał się w numerze 38 (I/2011) kwartalnika 2+3D

Ilustracje

Projektowanie graficzne

Powrót do klasyki

Barbara Kęsek-Bardel, 2 października 2015

 Artykuł archiwalny

Czy zastanawiałeś się kiedyś nad tym, co twoje okładki mówią o tobie?

Niestety, tak. Mam świadomość, że mogą pokazywać, jak zawężone mam umiejętności projektowania. Zawsze staram się ograniczać projekt do dwóch, może trzech ważnych elementów. Podobnie jak w życiu. Lubię rzeczy proste, wyraziste detale. Lubię porządek. Dlatego moje okładki chyba całkiem nieźle mnie reprezentują. Nie jestem typem wielkiego, spektakularnego, szalonego dizajnera. Sorry, to nie ja…

Okładki dla Editions Zulma, 2006–2008

Okładki dla Editions Zulma, 2006–2008

Okładki dla Editions Zulma, 2006–2008

Jak myślisz, jak te projekty wpływają na twój wizerunek? Nikt mi nie wierzył, kiedy mówiłam, że jesteś w wieku mojej młodszej siostry…

Myślę, że kiedy koncentrujesz się na operowaniu czystą typografią, kiedy decydujesz się na projektowanie klasycznych serii, musisz się liczyć z tym, że będziesz postrzegany jako ktoś znacznie, znacznie starszy… W sumie to dość przykre, że klasyczna forma i skrupulatność kojarzą się wyłącznie z wiekiem dojrzałym. Uwielbiam elegancką typografię. Dlaczego nie kojarzy się z młodością? Może to znak naszych czasów? Może moje projekty lepiej pasują do poprzednich epok?

Uchodzisz już za klasyka. Czy to nie jest przytłaczające?

Z rzadka dochodzą do mnie głosy ze strony krytyki, więc niewiele wiem o tym, jak jestem postrzegany. Dopóki nie porozmawiasz z ludźmi, nie wsłuchasz się w ich opinie, nie masz pojęcia, jak odbierają twoją pracę. A przecież wszystko jest kwestią smaku. Moje projekty hołdują książkom w ich pierwotnej, naturalnej formie. Wspaniale, jeśli ludzie wciąż mają ochotę je kupować. Ja nieustannie walczę z nowoczesnością i z postępem technologicznym; zupełnie nie przyswajam tych wszystkich nowych gadżetów, sprzętów. Marzy mi się, żeby swoimi projektami dokonać przewrotu i zainteresować ludzi klasyką, która przecież jest wspaniała.

Symbolem takiego połączenia klasyki z nowoczesnością stały się twoje okładki serii Great Ideas. Czy to efekt oczekiwań Penguina, czy też był to twój własny pomysł?

Muszę przyznać, że Penguin mocno wpłynął na wygląd tej serii. Zlecono mi oprawę małych, tanich książeczek, które byłyby dostępne dla przeciętnego odbiorcy. Wydało mi się to niezwykle pociągające – dotrzeć do szerokiego grona czytelników i jeszcze dodatkowo przekazać coś więcej, jakość przez siebie dodaną. Wybieram tylko te projekty, w których czytelnik traktowany jest z szacunkiem. Uważam, że książki powinny docierać do jak najszerszego grona odbiorców. Na to właśnie stawia Penguin, i ja się pod tym podpisuję. Podobnie jak pod szanowanym w tym wydawnictwie tradycyjnym podejściem do typografii. To połączenie czyni książkę przedmiotem przyjaznym czytelnikowi.

Great Ideas, 2004

Great Ideas, 2004

Great Ideas, 2004

To dlaczego odszedłeś z Penguina? Z wydawnictwa, w którym chciałaby pracować większość znanych mi redaktorów i grafików…

Dlaczego odszedłem? Nie da się ukryć, że była to trudna decyzja. Sytuacja w Penguinie jest chyba podobna jak w większości wielkich wydawnictw – niestety, nie troszczą się one dostatecznie o pracowników, którzy – pozostawieni sami sobie – gubią się w panującym tam systemie korporacyjnym. Ja uwielbiam to, co robię, ale ważna jest również atmosfera miejsca, w którym mam robić to, co lubię… Co więcej, jestem dość ambitnym typem i w pewnym momencie dojrzałem do tego, by samemu być dla siebie dyrektorem artystycznym, by rozwijać się dzięki ryzykownej niezależności, projektować książki według własnych wyborów. Odszedłem z Penguina, ale zachowałem niezwykły szacunek dla tej marki. Zresztą wciąż z nimi współpracuję.

Jak wspominasz pracę w Penguinie? Kto był tam twoim mistrzem?

Myślę, że miałem wiele szczęścia, kiedy jako zupełnie młody grafik trafiłem do Penguina. Kiedy masz dwadzieścia kilka lat, twój umysł jest jak gąbka, chłonie wszystko i poddaje się wszelkim inspiracjom. A w Penguinie byłem ­otoczony niesamowitymi osobowościami, zarówno współczesnymi projektantami, jak i legendą już nieżyjących. ­Najwięcej zawdzięczam dwóm ­osobom – Andrew ­Barkarowi oraz dyrektorowi artystycznemu Jamie’emu ­Stoddartowi. Od nich nauczyłem się wszystkiego. Korzystałem też z ­wiedzy ­wielkich grafików: Jana Tschicholda i Hansa ­Schmollera. Zanim wszedłem do ekipy Penguina, ­spędziłem obowiązkowe dwa tygodnie w archiwum tego wydawnictwa i wspominam to doświadczenie niczym powrót do szkoły średniej, uczenie się wszystkiego od podstaw.

David Pearson to przede wszystkim znany projektant wyszukanych artystycznie serii książek. Podejrzewam, że musisz mieć ogromną frajdę z ich projektowania. Czy przystępując do projektu serii, tworzysz wizualizację całości, szkice kolejnych okładek, czy też koncepcja dojrzewa przy pracy nad każdą kolejną książką?

Lubię projektować serie, bo jest to w pewien sposób zgodne z moją naturą. Interesuje mnie tworzenie systemu, ustanawianie reguł, zasad. Dlatego najpierw wyobrażam sobie całość, szukam pomysłu na konstrukcję serii, potem wpasowuję w nią pojedyncze tytuły. Jestem szczęściarzem, bo etykieta, która do mnie przylgnęła, jest idealnie zgodna z tym, co rzeczywiście mnie interesuje. Co więcej – serie, dzięki liczbie tytułów, pozwalają szybciej zaistnieć. Twój styl staje się rozpoznawalny. Gdybym zaczynał od projektowania okładek powieści lub książek kucharskich, prawdopodobnie nikt by dziś o mnie nie słyszał, byłbym anonimowym wyrobnikiem.

Great Ideas stała się wizytówką twojej twórczości, choć jesteś autorem mnóstwa innych projektów. Jeśli chcesz, możemy tym wywiadem wpłynąć na zmianę tego wizerunku. Przynajmniej w Polsce.

Odkąd odszedłem z Penguina, nieustannie pracuję nad zmianą, albo raczej nad poszerzeniem swojego wizerunku. Od pięciu lat wydaję w White’s Books książki własnego projektu, ale to dzięki Great Ideas wciąż otrzymuję zlecenia od innych wydawnictw na okładki typograficzne. To dla mnie oczywiście niezwykle komfortowa sytuacja. Ale interesują mnie również inne tematy – branding, projektowanie logotypów czy stron WWW. Szczęśliwie czuję, że rozwijam skrzydła, a dzieje się to w dużej mierze dzięki zaufaniu i dobrej woli innych, często zupełnie nieznanych mi ludzi. Robisz tylko to, co możesz wykonać, o co zostaniesz poproszony… A zostajesz poproszony dzięki temu, co ludzie znają. I tak wracamy do Great Ideas…

Great Ideas, 2009

Great Ideas, 2009

Great Ideas, 2009

Pewien wymagający znawca typografii ocenił twoje projekty jako bliskie doskonałości. Obiecałam mu, że wezmę cię na spytki i dowiem się więcej o źródłach, wzorach, ulubionych krojach…

Uwielbiam kroje holenderskie! Gerard Unger, Martin Majoor – wydaję na nie mnóstwo pieniędzy. W swoim wydawnictwie wykorzystuję kroje Jana van Krimpena – elegancki miks klasycyzmu i nowoczesności. Matthew Carter – kocham wszystko, co zrobił, to najwyższy standard. Lubię Sabon Tschicholda… Ogólnie rzecz biorąc, lubię wszelkie klasycyzujące kroje.

Czy masz wpływ na typografię i layout książki? Projektujesz książki całościowo?

Niestety, to wciąż wyjątkowa sytuacja. Mam wrażenie, że jestem już jednym z niewielu ­grafików mojego pokolenia, którzy potrafią zaprojektować nie tylko okładkę, ale i wnętrze książki. Sztuka postrzegania i tworzenia książki jako całości zupełnie zanika. Prawdopodobnie już tylko ­Uniwersytet w Reading jest miejscem, gdzie uczą tego na właściwym poziomie. Bardzo chciałbym mieć możliwość całościowego projektowania większej liczby tytułów, ale ponieważ pracuję już na ­włas­ny rachunek, muszę rozsądniej dobierać zlecenia i takie większe projekty wykonuję trzy, może cztery razy w roku.

Książka zdecydowanie powinna być przemyślana całościowo. W Penguinie o wyglądzie książek – zarówno wnętrza, jak i okładki – przesądzał tak zwany Penguin Composition Guide, czyli podręcznik zasad rządzących kompozycją i typografią. Po odejściu z Penguina sam stworzyłem kilka takich „podręczników” dla młodych projektantów, którzy są świetni w okładkach, ale niekoniecznie sprawdzają się w tworzeniu wnętrza książki.

Literatura piękna, czy może eseistyka albo literatura faktu? Jakie gatunki literackie najchętniej wybierasz?

Najpewniej czuję się, pracując nad książkami filozoficznymi. Bardzo lubię również oprawiać poezję. Generalnie wolę gatunki, które nie wymagają, by okładka odpowiadała na wszystkie pytania zawarte w tekście, przy których ma raczej intrygować, niż zdradzać treść. Zależy mi na oddaniu nastroju książki, zatrzymaniu uwagi czytelnika. Okładka powinna nabierać znaczenia w trakcie lektury. Nie znoszę okładek, które wszystko odkrywają, zwalniają wyobraźnię z tworzenia w czasie czytania nowych obrazów poznawanego właśnie świata. Poezja i filozofia dają możliwość tworzenia projektów niedopowiedzianych, sugestywnych. Chętnie pracuję również z tekstami historycznymi, choć mam z nimi mały problem, wynikający z konieczności wykorzystania fotografii. A to mój słaby punkt. Mam wrażenie, że tylko psuję zdjęcia, modyfikując je na okładkach, rujnując pracę zdolnych fotografików…

Pewnie każdy aktor odpowiadał kiedyś na pytanie o wymarzoną rolę życia… Ja zapytam o książkę, którą chciałbyś koniecznie oprawić, choćby za darmo!

O tak, jest kilka książek, o których marzę. Kiedy o nich myślę, zawsze mam wątpliwości, czy powinienem je projektować, bo obawiam się, czy nie są mi zbyt bliskie. Czy potrafiłbym je zaprojektować nie tylko „od serca”, ale tak, by nadać im wartość rynkową, pomóc w ich popularyzacji? Czy aby nie zdominuję okładki własnym odczuciem? Ale pomijając te kwestie, chciałbym kiedyś móc zaprojektować okładkę Hrabiego Monte Christo, Wyspy skarbów, Wodnikowego wzgórza. Zawsze chętnie wracam też do George’a Orwella, podziwiam jego umiejętność precyzyjnego i prostego przekazu. I jeszcze Wells, Kafka, tak Kafka… A mówiąc między nami, pozostaje cały szereg tzw. przyjemności, do których zaliczam kryminały, powieści detektywistyczne. Pożeram je i bardzo chciałbym projektować do nich okładki, ale chyba jakoś nie kojarzę się z tego typu literaturą i dlatego takie projekty pozostają wciąż w sferze marzeń…

Great Ideas, 2008

Great Ideas, 2008

Great Ideas, 2008

Na koniec zapytam współczesnego klasyka, który wydaje się odporny na wszelkie mody – masz już iPada?

O, nie! Możemy spokojnie zagwarantować, że będę ostatnim człowiekiem, który kupi sobie iPada. Ale niezależnie od wszelkich moich skrzywień, muszę przyznać, że iPady są świetne i pewnie gdybym już takiego miał, nie wyrzuciłbym go lekką ręką do rzeki. Kiedy ludzie mówią, że iPad wyprze zwykłą książkę, sądzę, że brakuje im dystansu do współczesności. Za kilka lat iPad będzie już zdefiniowany, oswojony, z określonym miejscem w naszym życiu, ludzie nabiorą wprawy w wykorzystywaniu jego możliwości. On i książka będą sobie nadal towarzyszyć, uzupełniać się, nie budząc obaw, że jedno z nich wyprze drugie z naszego życia. Ja osobiście nie znoszę przedmiotów, które wywierają na mnie jakąkolwiek presję. Nie mam zegarka, nie chcę mieć komórki, iPada i Bóg wie jakich jeszcze nowoczesnych wspaniałości. Gdybym je wszystkie miał, obawiałbym się wyjść z domu bez wysokiego ubezpieczenia tych sprzętów! A już poważnie – iPad miałby większy sens, gdyby był tańszy. Teraz towarzyszy mu aura wyjątkowości, niedostępności. A użyteczny i powszedni stanie się w dniu, kiedy nikt już się nie będzie przejmował, że dziecko może rzucić nim o podłogę.

Szukaj nas na Facebooku

Szukaj