O autorze

Piotr Mikołajczak

Artykuł

Artykuł ukazał się w numerze 40 (III/2011) kwartalnika 2+3D

Ilustracje

Projektowanie przemysłowe

Rzeczy wtórne.Opowieść o czyśćcu przedmiotó

Piotr Mikołajczak, 19 kwietnia 2014

Czy wyobrażaliście sobie kiedyś Sąd ­Ostateczny rzeczy? To określenie przywołuje w wyobraźni znane dzieła malarskie. Stłoczone masy postaci zastąpmy mnóstwem przedmiotów poustawianych z lewa i prawa, zgromadzonych w dramatycznych pozach, ciasno, jedne obok drugich. Ale zaraz, zaraz… Jaki Sąd Ostateczny rzeczy? Przecież rzeczy są niewinne, więc jak je sądzić? To przedmioty, a jeśli jest z nimi coś nie tak, to przecież wina ich stwórców: projektantów, producentów, wykonawców, pomysłodawców, a ci będą sądzeni kiedy indziej.

Zdjęcia są częścią cyklu realizowanego przez Piotra Mikołajczaka od 2005 roku.

Zdjęcia są częścią cyklu realizowanego przez Piotra Mikołajczaka od 2005 roku.

Zdjęcia są częścią cyklu realizowanego przez Piotra Mikołajczaka od 2005 roku.

Niby rzeczy są nieożywione, a przecież mówimy o ich złośliwości, o tym, że są mądre, głupie, brzydkie, ładne, szlachetne; ciągle je personifikujemy, niektórzy twierdzą nawet, że przedmioty mają dusze. Zresztą, kto tak do końca wie, jak to jest z rzeczami? Roger‑Pol Droit w swojej książce 51 zabaw (z) rzeczami nadmienia, że w odpowiedzi na niewinne pytanie: „jak się rzeczy mają?”, bez końca należy dodawać: „na przykład i między innymi”*.
Wracając do sądu rzeczy, ten w każdym razie odbywa się ciągle. Niektóre rzeczy po życiu (użyciu) od razu trafiają do piekła wysypiska i tam trawione są przez ogień, inne – do nieba kolekcjonerów, gdzie cieszą się łaskawymi spojrzeniami, spokojem i tym, że ktoś je odkurzy raz na jakiś czas, by mogły lśnić przez chwilę, bo zaświaty rzeczy nie są wieczne. A co się dzieje z resztą?
Porównanie między sądem dusz a sądem rzeczy nie jest czystą analogią i zdaję sobie sprawę z jej niedociągnięć, jednak kiedy spaceruję w niedzielę po gdańskim targowisku na Przymorzu albo we Wrzeszczu, nie mogę pozbyć się myśli, że oto trafiłem do czyśćca rzeczy.

Takie miejsca jak bazary, rynki, tandety, targowiska pozwalają wizualizować tę dziwaczną ideę. Nadmiar przedmiotów, zestawionych ze sobą w przypadkowe konfiguracje na różnokolorowych kocykach poukładanych na stołach albo bezpośrednio na ziemi, aura poszukiwania wśród nich czegoś niezwykłego, wybawiania lub potępiania przedmiotów, buduje czyśćcowy nastrój. Targowiska są specyficznymi laboratoriami refleksji nad rzeczami – mówią wiele o ich twórcach i nabywcach, o trwałości rzeczy, ich wartości i jej degradacji, zmianach potrzeb i ich realności, wreszcie – to muzeum minionych popularnych trendów. Zapraszam zatem na wycieczkę w miejsca, gdzie rzeczy zadają pytania uważnemu obserwatorowi. Wsłuchajmy się w nie przez chwilę: o czym mówią albo jak się mają.

Zacznijmy od wyjaśnienia, czym są rzeczy, bo to chyba jedno z najbardziej pojemnych pojęć. Zajrzyjmy do wspomnianej książki. Roger‑Pol Droit proponuje: „Upraszczajmy. Nazywajmy rzeczami tylko przedmioty wytworzone przez człowieka. Porzućmy kamienie, mech, materiały naturalne, puste muszle. Po prostu produkty pracy człowieka. Z rozmysłem wykonane dzięki ludzkim staraniom”. Przyjmijmy tę propozycję i przejdźmy dalej. Przed nami w niedzielne przedpołudnie rozciąga się przestrzeń placu, ulicy, stadionu, szczelnie wypełniona rzeczami ułożonymi w zbiory. Jest ich kilkadziesiąt, może kilkaset. Organizacja tych zbiorów wydaje się przypadkowa – rzeczy znalezione, wyrzucone, skradzione, oddane, podarowane, kupione, szmuglowane, zepsute, nieaktualne, przeterminowane, wreszcie: poszukiwane, kolekcjonerskie, uratowane, wydobyte, odkopane, odkryte i wiele innych.

Pierwszą myślą, która się pojawia, jest, że rzeczy istnieją tak tylko raz, w tym miejscu i w tej konfiguracji. Zazwyczaj są w ruchu – przenoszone, pakowane, ustawiane, poprawiane, używane; tu zamierają na chwilę, a jeśli się przemieszczają, to w obrębie zbioru lub znikają z niego na dobre, ruszając w kolejną podróż z nowym, ­chwilowym właścicielem. Wśród rzeczy przechadzają się ludzie – kilka znanych twarzy z lokalnego środowiska artystycznego, łowcy okazji, przypadkowi niedzielni spacerowicze. Pochylają się nad rzeczami. Przekładają je z miejsca na miejsce, biorą, ważą w dłoni, ściskają, pytają o cenę, odkładają lub zabierają ze sobą, potrzebne lub nie. Przenoszą do zbioru innych rzeczy, może przywracają dawną funkcję albo nadają nową. Gdzie trafi porcelitowy uchwyt do spłuczki z niemieckim napisem? Może wróci na łańcuszek i będzie ozdobą „guściarsko” urządzonej łazienki, może trafi do kolekcji i będzie się wylegiwał wśród kilku podobnych albo stanie się przyciskiem do papieru, „ozdobą” na półce?

Rzeczy przemieszczają się w czasie i przestrzeniach. Podczas tych podróży gromadzą na sobie spojrzenia, dotyk, głos; są niemymi świadkami zdarzeń, a czasem bezpośrednio w nich uczestniczą. Każda z nich opowiada własną historię spotkań z ludźmi, bardziej lub mniej banalną. Język rzeczy nie jest całkiem hermetyczny. Do pewnego stopnia możemy go zrozumieć, rozpoznając, kiedy, gdzie, przez kogo i w jakim celu została stworzona dana rzecz, jakie ślady użytkowania nosi na sobie, kto ją sprzedaje. Nie dowiemy się, ile razy odbyła podróż i w ilu miejscach, w ilu dłoniach była, ale nawet jeśli nasze odczytanie języka rzeczy nie będzie precyzyjne i bezbłędne, to i tak warto cofnąć się w czasie, by znaleźć klucz do zrozumienia rzeczywistości materialnej, w której żyjemy.

Jest kilka prób takich podróży zarejestrowanych w literaturze i filmie, jak choćby film Purpurowe skrzypce, opowiadający historię instrumentu, który spotyka się z ludźmi w różnych czasach i systemach.

Wracając między używane rzeczy na targowisku, jesteśmy widzami spektaklu, w którym indywidualności zebrały się w jednym miejscu, konfigurują się na chwilę w statyczne ­kompozycje, przyczajają, zestawione przypadkowo ze sobą, tworzą konteksty, którymi czasem kpią ze swoich twórców i użytkowników. Rzeczy sakralne, takie jak krucyfiksy, obok profanujących je pism pornograficznych; rzeczy poważne, jak solidne buty, i śmieszne – głupawe breloczki; dalej: praktyczne, jak np. śrubki czy krany, i zupełnie już nieprzydatne – dyskietki komputerowe czy aparaty fotograficzne na niedostępne klisze. Świętość zamieniają w świętoszkowatość, literaturę – w makulaturowe stosy książek, muzykę – w niechciane przez większość, niemodne płyty, dawniejsze urządzenia high‑tech – w fury pilotów i ładowarek.

Rzeczy zazwyczaj są eksponowane na prostokątnych tłach. Ciężko uciec tu od skojarzenia z obrazami; czasem są to kolorowe tkaniny, folie, kartony, które określają ramy kompozycji. Nazywam je lapidarnie kocykami, bo te często stanowią „podobrazie”. Tworzą obrazy naszych czasów, ledwie minionych, obrazy chwilowych zachcianek i konieczności. Gdy obserwuję i dokumentuję te porządki, z autorami ciekawszych koncepcji udaje mi się czasem wejść w „zawodowe” pogawędki.

W ten sposób usłyszałem o autorskiej metodzie jednego ze sprzedawców, który opowiadał mi fachowo o sposobie „na papugę”. Sprzedawał cytrynowożółty, metaliczny przedmiot wyeksponowany na błękitnym tle. Wtedy bije po gałach. Od razu go widać – usłyszałem. Na błękitnym tle było więcej przedmiotów, jednak drobniejszych i o mniejszej wartości, zatem kompozycja była podporządkowana najcenniejszej rzeczy.

Świadomie dodana estetyka ma tu czysto praktyczne zastosowanie – poukładane z rozmysłem rzeczy mają skusić przechodzącego. Tak świadomych sprzedających nie jest wielu. Jednak na każdym „kocyku” można doszukać się prób organizacji rzeczy. W grupy tematyczne, kolorystyczne, wielkościowe, ekonomiczne; są dominanty w postaci atrakcyjnych obrazów, jak np. okładka jakiegoś pisma erotycznego albo płyty winylowej.

Niezależnie od intencji sprzedających, które są dość oczywiste, zebrane w zbiory rzeczy tworzą struktury minionego czasu i wygasających prag­nień. Zderzając ze sobą przedmioty z różnych stref, sprowadzają je do metafor, które opowiadają o przelotnej potrzebie posiadania rzeczy, dewaluacji pragnień związanych z rzeczami.

Jak bardzo ten przekaz różni się od tego, co codziennie miliony konsumentów mogą zobaczyć w reklamach albo w dowolnym supermarkecie. Tam rzeczy też są zgromadzone w ogromnych ilościach, jednak przypisany im sens jest zupełnie inny. Mają przekonywać o swej niezbędności, o tym, że życie z nimi stanie się prostsze, bardziej przyjemne i dostatnie – ba, luksusowe. Gdzieś między tymi pieśniami konsumpcji poruszają się nabywcy zauroczeni słodką melodią. Pieśni używanych rzeczy z targowiska są trzeszczące, zacinają się jak stare płyty, są przybrane w sentymenty, wspomnienia, które mają zastąpić marketingowe pozory, i podsycane sztucznie przez specjalistów (projektantów również) potrzeby posiadania.

Te zbiory rzeczy opowiadają o tym, co przestało być modne, jak długo było popularne, czym są trendy, czemu służą i jak się kończą. Szczególnie jaskrawo widać to w przypadku modnych rzeczy, określanych z angielska must have, którymi podkreśla się bycie na czasie. To telefony, odtwarzacze, elektroniczne gadżety, nie wspominając już o zabawkach, taniej biżuterii, ubiorach czy dodatkach do nich. Są pozbawione kolorowych opakowań, nad którymi pracują sztaby fachowców, noszą ślady używania. Ich nabywcy kierują się już innymi, może bardziej naturalnymi odruchami ratowania rzeczy przed zatraceniem, wmawiając sobie, że to lub tamto może się przydać, choć wcale nie musi, że jakiś drobiazg przypomina zdarzenie sprzed lat, a zabawka – chwilę z dzieciństwa.

Rzeczy wyrywają się ze swojej pierwszej rzeczywistości i zmieniają sens, zostawiają ślad w pamięci osób, dla których przez chwilę były czymś ważnym. Są katalizatorami emocji, a te składają się na ich istotę, co najmniej na równi z tworzywem i kształtem. Emocje gasną i rzeczy zmieniają swoją wartość, czasem dewaluują się kompletnie dla współczesności.
Obecni trzydziestokilkulatkowie ­jeszcze wiedzą, co oznaczały kupowane w Peweksie gumy do żucia Donald – pamiętają ten zapach i smak, ale przede wszystkim liczył się ­papierek z krótką komiksową historyjką. W czasie gdy w ­telewizji nie było kilku kanałów z kreskówkami, tysięcy komiksów w księgarniach, ten papierek ­znaczył wiele – był materią z innej rzeczywistości. Teraz zauważą go wśród rzeczy tylko ci, którzy znają jego kontekst, w których świadomości ­wzbudza wspomnienie swojej wartości, czegoś cennego na niby, elementu z innego świata, jak przeterminowany bilet lotniczy do egzotycznego miasta albo banknot wycofany z obiegu. Dla obecnych kilkulatków jest zwykłym papierkiem, śmieciem; kto i po co zbierałby dziś papierki po gumach, skoro jest tyle innych rzeczy, kipiących z każdego kiosku? Może jakiś kolekcjoner, ale na wycieczkę do tego świata zaproszę kiedy indziej, bo to intrygująca, lecz dość długa opowieść o zbieraniu rzeczy oraz scalaniu ich w zbiory.

Opisywane przeze mnie targowiska w tej części Europy anno 2011 oczywiście różnią się od tych sprzed 30 lat, kiedy to rzeczy z drugiego obiegu były równie ważne jak te z pierwszego. Wielu pamięta te niezbyt odległe czasy, gdy właśnie na bazarze można było dostać upragnioną rzecz, książkę, sprzęt i akcesoria RTV, ubrania, których brakowało w sklepach. Wtedy poszukiwało się na bazarach potrzebnych przedmiotów, teraz są one przesycone rzeczami zbędnymi. W sytuacji względnego ekonomicznego dostatku, przesytu rzeczami bazary odgrywają rolę „muzeum rzeczy mniej ważnych”. Ta zmienność „stanu rzeczy” mówi o nas i naszych związkach z rzeczami oraz o realności potrzeb posiadania przedmiotów. Ten stan zależy od sytuacji i poziomu dobrobytu społeczeństwa. W sytuacji ograniczonego dostępu do rzeczy potrzeby się oczyszczają. W czasie nadmiaru, kiedy wmawia się w mediach, że napędzanie wskaźnika PKB to patriotyzm, rzeczy stają się elementami zastępczymi, chwilowymi celami, zamiennikami emocji, a wiele osób skupia się na nich i upatruje sensu istnienia w nabywaniu przedmiotów.

Ile są warte rzeczy? Czy cena na ­sklepowej półce ma związek z ich realną wartością? ­Czasem kiedy zdejmiemy z rzeczy blichtr podsycanych emocji, okazuje się, że są stanowczo zbyt ­drogie, ale działa to również w drugą stronę. ­Wysiłek wielu osób, które uczestniczyły w powstaniu choćby jednego drobiazgu (pomysłodawca, projektant, technolog, producent, dystrybutor, kierowca, sprzedawca, kupujący, użytkownik, „likwidator”, odsprzedający, odkupujący, pakujący, wyrzucający) sprawia, że cena rzeczy czasem wydaje się zbyt niska w stosunku do nakładu pracy tylu ludzi.

Pomijając tu globalne skutki tego stanu, odsyłam do książki Johna Thackara Na grzbiecie fali. O projektowaniu w złożonym świecie lub do krótkiego filmu The Story of Stuff, łatwo dostępnego w internecie.

Każdy z nas ma osobiste relacje z rzeczami, kształtowane od pierwszych do ostatnich dni życia. Na pytania, które zadają rzeczy, każdy może zatem odpowiedzieć inaczej, jednak trzeba się w nie wsłuchać.

Wielu spośród czytelników ma szczególne związki z rzeczami. Jako projektanci ­uczestniczą w ich powstawaniu i intelektualne gry z ­rzeczami powinny być ważnym punktem w rozwoju ich świadomości zawodowej. Zaglądanie od czasu do czasu do czyśćca rzeczy ułatwia rozpoczęcie obserwacji. To miejsce, gdzie rzeczy nowe i używane pokazują inne oblicza. Wymarzone rzeczy, za które w czasie ich świetności trzeba było dużo zapłacić, są dostępne za drobne, choć wcale nie zmienił się ich wygląd czy użyteczność. Wartość rzeczy i jej postrzeganie zostały zweryfikowane przez zmianę mody, przez nowsze, „lepsze” modele. Warto popatrzeć na rzeczy, których przewidziana przez projektanta funkcja skończyła się definitywnie, na przedmioty „kolekcjonerskie”, krótkotrwałe, ponadczasowe, wreszcie na podróbki, które są nieodłączną częścią czyśćca rzeczy i w czytelny, choć groteskowy sposób opowiadają o wartości przedmiotu.

Potrzeba otaczania się rzeczami, ­naznaczania i wypełniania nimi swojej przestrzeni jest naturalna dla człowieka, choć, niestety, czasem wypaczana i wykorzystywana. A zatem może świadomość istnienia „muzeów rzeczy wtórnych” czy „czyśćca rzeczy” pozwoli nam częściej zadawać sobie pytanie w rodzaju: „Czy na pewno potrzebuję co roku zmieniać aparat telefoniczny na nowszy?”.

Rzeczy spotykają się w czyśćcu, żeby ­opisać porządek naszej kultury materialnej, która ma wpływ na naszą rzeczywistość wewnętrzną. Nauczmy się zatem wsłuchiwać w ich dialogi i pytania. Szanujmy rzeczy, nie powołując do istnienia zbędnych bytów, poprzez projektowanie, ale i poprzez bezmyślne ich nabywanie.


    *    R.‑P. Droit, 51 zabaw (z) rzeczami, Gdańsk 2005, s. 12.

Szukaj nas na Facebooku

Szukaj