Artykuł

Artykuł ukazał się w numerze 40 (III/2011) kwartalnika 2+3D

Ilustracje

Środki produkcji

Samoróbki

25 lipca 2014

Stocznia Gdańska w czasach swojej świetności była miastem w mieście, w sierpniu 1980 roku zaś – państwem w państwie. Zasady współpracy z głównym odbiorcą statków, Związkiem Radzieckim („My wam płacimy za statki w rublach, a wy wyposażacie je w sprzęt kupowany za dolary”), wymagały od inżynierów i zwykłych stoczniowców ekwilibrystyki nie tylko finansowej, ale także wynalazczej. Brak materiałów i narzędzi nie mógł wpływać na jakość i terminowość dostaw statków dla Wielkiego Brata. W stoczni wyposażonej w skomplikowane, specjalistyczne urządzenia produkowano także, czy raczej robiono, tak banalne przedmioty, jak młotki czy przedłużacze. Te proste narzędzia wykonywano intuicyjnie, z potrzeby chwili. Zadziwiają one swoją prostotą, logiką i użytecznością. Bardziej złożone przybierały postać wniosków racjonalizatorskich, zamieszczanych w postaci rysunków i opisów w branżowym czasopismach. Pewien elektryk ze Stoczni Gdańskiej znany był z udoskonalania narzędzi i procedur. Nie godził się na złe rozwiązania, poprawiał wszystko. W sierpniu 1980 roku poprowadził strajk, który w konsekwencji doprowadził do zmian geopolitycznych w Europie i na świecie.

Przedłużacz. Bakelitowe gniazdka osadzone w metalowej puszce z uchwytem i kablem rozwiązywały ­problem braku przedłużaczy. Łatwiej było je zrobić, niż przejść nieznośną (podobnie jak dziś) procedurę wydawania z magazynu, tym bardziej że zaopatrzeniowiec nie miał gdzie ich kupić.

Przedłużacz. Bakelitowe gniazdka osadzone w metalowej puszce z uchwytem i kablem rozwiązywały ­problem braku przedłużaczy. Łatwiej było je zrobić, niż przejść nieznośną (podobnie jak dziś) procedurę wydawania z magazynu, tym bardziej że zaopatrzeniowiec nie miał gdzie ich kupić.

Przedłużacz. Bakelitowe gniazdka osadzone w metalowej puszce z uchwytem i kablem rozwiązywały ­problem braku przedłużaczy. Łatwiej było je zrobić, niż przejść nieznośną (podobnie jak dziś) procedurę wydawania z magazynu, tym bardziej że zaopatrzeniowiec nie miał gdzie ich kupić.

Młotek. Przyspawany do śruby płaskownik, na który naciąg­nięty jest kawałek gumowego węża, stanowi wystarczająco dobry młotek ślusarski. Robiony na miarę, świetnie wyważony, niezniszczalny. Można nim odbić żużel przy spawaniu i wbić gwóźdź.

Młotek. Przyspawany do śruby płaskownik, na który naciąg­nięty jest kawałek gumowego węża, stanowi wystarczająco dobry młotek ślusarski. Robiony na miarę, świetnie wyważony, niezniszczalny. Można nim odbić żużel przy spawaniu i wbić gwóźdź.

Młotek. Przyspawany do śruby płaskownik, na który naciąg­nięty jest kawałek gumowego węża, stanowi wystarczająco dobry młotek ślusarski. Robiony na miarę, świetnie wyważony, niezniszczalny. Można nim odbić żużel przy spawaniu i wbić gwóźdź.

Kołczan na ­elektrody. Stoczniowiec spawacz w pełnym ekwipunku przypominał średniowiecznego wojownika. Na głowie miał maskę, do przenoszenia elektrod spawalniczych służyły mu „kołczany” wykonane z blachy. Druciany uchwyt przyspawany na mostku był wytrzymały i wygodny do trzymania w grubych rękawicach. Niekiedy „kołczan” przybierał formę „termosu”, z warstwą izolacyjną w środku i szczelnym zamknięciem chroniącym elektrody przed wilgocią.

Kołczan na ­elektrody. Stoczniowiec spawacz w pełnym ekwipunku przypominał średniowiecznego wojownika. Na głowie miał maskę, do przenoszenia elektrod spawalniczych służyły mu „kołczany” wykonane z blachy. Druciany uchwyt przyspawany na mostku był wytrzymały i wygodny do trzymania w grubych rękawicach. Niekiedy „kołczan” przybierał formę „termosu”, z warstwą izolacyjną w środku i szczelnym zamknięciem chroniącym elektrody przed wilgocią.

Kołczan na ­elektrody. Stoczniowiec spawacz w pełnym ekwipunku przypominał średniowiecznego wojownika. Na głowie miał maskę, do przenoszenia elektrod spawalniczych służyły mu „kołczany” wykonane z blachy. Druciany uchwyt przyspawany na mostku był wytrzymały i wygodny do trzymania w grubych rękawicach. Niekiedy „kołczan” przybierał formę „termosu”, z warstwą izolacyjną w środku i szczelnym zamknięciem chroniącym elektrody przed wilgocią.

Kołczan na elektrody

Kołczan na elektrody

Kołczan na elektrody

Melex stoczniowy. Po terenach stoczni do dzisiaj jeżdżą przerobione meleksy z lat siedemdziesiątych. Nie sposób znaleźć dwóch takich samych maszyn. Produkowano je głównie na rynek amerykański, jako tanie wózki golfowe. W stoczni były przerabiane na sto sposobów: dorabiano im kabiny z drzwiami i bez drzwi, wyposażano w szybę z ręczną wycieraczką, uzbrajano w przyczepy i pługi do odśnieżania. Były niezawodne, a także proste w obsłudze i serwisowaniu.

Melex stoczniowy. Po terenach stoczni do dzisiaj jeżdżą przerobione meleksy z lat siedemdziesiątych. Nie sposób znaleźć dwóch takich samych maszyn. Produkowano je głównie na rynek amerykański, jako tanie wózki golfowe. W stoczni były przerabiane na sto sposobów: dorabiano im kabiny z drzwiami i bez drzwi, wyposażano w szybę z ręczną wycieraczką, uzbrajano w przyczepy i pługi do odśnieżania. Były niezawodne, a także proste w obsłudze i serwisowaniu.

Melex stoczniowy. Po terenach stoczni do dzisiaj jeżdżą przerobione meleksy z lat siedemdziesiątych. Nie sposób znaleźć dwóch takich samych maszyn. Produkowano je głównie na rynek amerykański, jako tanie wózki golfowe. W stoczni były przerabiane na sto sposobów: dorabiano im kabiny z drzwiami i bez drzwi, wyposażano w szybę z ręczną wycieraczką, uzbrajano w przyczepy i pługi do odśnieżania. Były niezawodne, a także proste w obsłudze i serwisowaniu.

Zdjęcia i komentarz: Jarosław Szymański

Szukaj nas na Facebooku

Szukaj