O autorze

Lex Drewinski

Wybitny projektant, plakacista pochodzenia polskiego, mieszkający i pracujący w Berlinie. Jest profesorem w Fachhochshule w Poczdamie.

Artykuł

Artykuł ukazał się w numerze 32 (III/2009) kwartalnika 2+3D

2 po 3

Schwein gehabt, czyli mieć szczęście

Lex Drewinski, 17 października 2013

Artykuł archiwalny

Sobota, 25 kwietnia

Falkensee pod Berlinem
Jak to często w takich razach bywa, marzenie o wygodnym śnie we własnym łóżku przed długim, nużącym lotem do Meksyku stało się mrzonką. Podczas gdy do zajęcia miejsc w samolocie pozostały zaledwie godziny, a ja wciąż przygotowywałem na komputerze (nie)zbędne materiały, doszedł mnie głos lektora nocnych wiadomości donoszący o nowej „śmiertelnej” epidemii. Zanim padła nazwa regionu świata, w którym pojawiła się świńska grypa, rzekomo groźniejsza w skutkach od ptasiej, przeszła mi błyskawicznie przez głowę jedna jedyna myśl: tylko nie w Meksyku!

„Memento Mori”, fot. Jadwiga Drewinski

„Memento Mori”, fot. Jadwiga Drewinski

„Memento Mori”, fot. Jadwiga Drewinski

A jednak! Nie tylko w Meksyku, ale i w USA, gdzie dwa miasta – Nowy Jork i Atlanta – miały być naszymi „stacjami tranzytowymi”. Miejmy nadzieję, że nie końcowymi. Dalsze informacje o pierwszych śmiertelnych ofiarach, zamknięciu szkół, teatrów, kin, muzeów etc. nie napawały optymizmem. Pośpieszny mejl do organizatorów z zapytaniem, czy cała impreza nie została odwołana, pozostał bez odpowiedzi. Co w takim razie robić? – zapytałem siebie, a później żonę. Pytanie żony nie miało większego sensu – wiedziałem, że ona i tak pojedzie ze mną nawet do piekła. Pozostał mi jeszcze Andrew! Andrew Lewis, kanadyjski przyjaciel, dizajner, którego razem ze mną i pięcioma innymi prelegentami Uniwersytet ITESO w Guadalajarze zaprosił do Meksyku na Jornados Internacionales de Diseño ’09 (Międzynarodowy Dzień Dizajnu) zadedykowany pamięci niedawno zmarłego Shigeo Fukudy. Odpowiedzi Andrew byłem pewien, ponieważ wiedziałem, że prawdziwy dizajner nigdy nie śpi. Nie zawiodłem się. Odpowiedź nadeszła błyskawicznie:

Dear Lex,
ALL IS OK IN MEXICO!!
Guadalajara is North, the Flu is in the south in Mexico City and Cancun. Talked to students today in GDL, everything is being expanded by the media. Pack your bags, get your ­passport and pesos, I will see you in Guadalajara Sunday!
Cheers, Andrew

Niżej mogłem przeczytać wcześniejszego mejla Andrew:

Hello!
What is happening in Mexico with this flu?
Abrazos, Andrew

Na co Felipe de Jesús Covarrubias Álvarez, meksykański organizator sympozjum, odpowiadał:

That’s OK. Is Only in Mexico City
Here is lovely


Jak „lovely” to lovely, pomyślałem sobie, łapiąc szybko bagaże, żeby się znowu nie spóźnić na lotnisko. Piękny kwietniowy poranek i pomyślne wiadomości z Meksyku zapowiadały piękną przygodę, której jakaś tam „meksykańska pchła” czy świnia nie będą w stanie zakłócić.

Lex Drewinski, proj. plakatu „Mexico, April‑May 2009”

Berlin, Tegel

Lex Drewinski, proj. plakatu „Mexico, April‑May 2009”

Lex Drewinski, proj. plakatu „Mexico, April‑May 2009”

Berlin, Tegel

Na lotnisku żadnych świń, z wyjątkiem celników i policjantów. Pasażerowie okradzeni przez przepisy porządkowe z trzech godzin snu ustawiają się grzecznie w kolejkach, nie wiedząc o wiszącej w powietrzu epidemii lub nie dając tego po sobie poznać. Omal nie dochodzi do wymiany ciosów ze „świniami”, kiedy każą nam wyrzucić do kosza zakupione w ostatniej chwili przeciwsłoneczne kremy, pasty, olejki, dezodoranty i pilniczki do paznokci, a więc wszystko to, czym zamierzaliśmy dokonać ataku terrorystycznego, po czym uspokojeni zasiadamy w lotniczych fotelikach, ciesząc się na kolejne spotkanie z kontynentem amerykańskim.

Felipe Taborda (BR), proj. plakatu „Mexico x Influenza” (Meksyk przez grypę)

Felipe Taborda (BR), proj. plakatu „Mexico x Influenza” (Meksyk przez grypę)

Felipe Taborda (BR), proj. plakatu „Mexico x Influenza” (Meksyk przez grypę)

Nowy Jork, Kennedy
Jak należało się spodziewać, na lotnisku w Nowym Jorku przywitał nas cały „świński folwark” w czarnych mundurach. Po zdjęciu obuwia, pasków, odcisków palców oraz sfotografowaniu – zadowoleni, że nie skończyło się na pójściu… do łaźni – mogliśmy oddać się rozkoszom korzystania z lotniska, czekając na kolejny samolot, który miał nas zabrać do Atlanty.

Andrew Lewis (CA), proj. plakatu Los Puercos „¡No nos vencerán!” (Świnie nas nie zwyciężą!)

Andrew Lewis (CA), proj. plakatu Los Puercos „¡No nos vencerán!” (Świnie nas nie zwyciężą!)

Andrew Lewis (CA), proj. plakatu Los Puercos „¡No nos vencerán!” (Świnie nas nie zwyciężą!)

Atlanta
Stolica stanu Georgia, Coca‑Coli i nad wyraz miłych ludzi, sławna z wojny secesyjnej oraz Martina Luthera Kinga, przywitała nas piękną letniowieczorową pogodą.

Niedziela, 26 kwietnia

Co może zrobić para artystów w obcym mieście, dysponując zaledwie niepełnym dniem? Muzeum! Na dodatek nie byle jakie, tylko jedno z najważniejszych muzeów sztuki w USA! Na terenie The High Museum of Art dominują białe nowoczesne kompleksy architektoniczne autorstwa dwóch ­star‑architektów: Richarda Meiera (z roku 1983) oraz Renzo Piano (z roku 2002). Przy wejściu zauważyliśmy dziwne kwiaty przypominające filodendrony, częsty motyw w dziełach Matisse’a, które tym razem przybrały formę aluminiowych krzeseł projektu Jorge Pensio.
Po zwiedzeniu muzeum zostaliśmy niemalże porwani przez miłą nieznajomą Amerykankę, która niczym dobra wróżka z filmu Disneya przeniosła nas do Inman Park, pokazując kolonię domów utrzymanych w American Craftsman Style (drewno, szkło, metal), będących najstarszymi zabytkami architektury Atlanty. W ten upalny dzień mieliśmy okazję zajrzeć do domu Howarda Candlera, syna wynalazcy coca‑coli. 

Alain LeQuernec (FR), proj. plakatu „Humor es Vida” (Humor to życie)

Alain LeQuernec (FR), proj. plakatu „Humor es Vida” (Humor to życie)

Alain LeQuernec (FR), proj. plakatu „Humor es Vida” (Humor to życie)

Guadalajara, Meksyk
Do Guadalajary przybyliśmy w nocy. Od razu odżyły dawne mary. Po odprawie celnej wręczono nam maski. Z lotniska odebrały nas dwie zamaskowane postaci – rzekomo studentki. Nie podaliśmy sobie nawet rąk na powitanie, w warunkach meksykańskich może to uchodzić za co najmniej podejrzane. 

W hotelu zastaliśmy list od Andrei i Felipe. Dookoła żywej duszy. Symbol sympozjum na czarnej teczce z programem – pętelka wystylizowana z elementów nóg i ręki, pochodzących z plakatów Shigeo Fukudy – wydał się w kontekście świńskiej grypy jeszcze smutniejszy. „Świnia” ukradła Fukudzie show! Brakuje tylko trzęsienia ziemi! Pozwoliłem sobie na gorzki żart, który niestety miał się następnego dnia sprawdzić. W tym momencie przypomniała mi się wypowiedź Waldemara Świerzego z jego książki, w której ubolewał, że „nie załapał się” na trzęsienie ziemi w Meksyku. ­Waldek, żałuj, że Cię tutaj nie ma! 

W nie najlepszych humorach udaliśmy się na spoczynek, z mocnym postanowieniem, że od jutra poruszamy się wyłącznie w maskach.

Poniedziałek, 27 kwietnia

Przy śniadaniu (oczywiście bez masek) staraliśmy się tego tematu nie poruszać. Bo jak można żyć w masce?! Widocznie nie dojrzeliśmy do roli Michaela Jacksona. W holu hotelowym podczas pierwszego spotkania z organizatorami, gośćmi oraz kilkoma studentami wyściskaliśmy się co niemiara (prawie jak Honecker z Breżniewem), łamiąc tym samym wszelkie nakazy oraz zalecane środki ostrożności. Od tego momentu stanowiliśmy grupę, niemalże rodzinę, gotową ponieść wszelkie konsekwencje swojej lekkomyślności. Ponieważ szkoły, uczelnie, muzea, teatry, kina itp. zostały zamknięte, ten sam los spotkał sympozjum i nasze warsztaty ze studentami. Nie mieliśmy prawa w imię dizajnu wystawiać na ryzyko studiujących młodych ludzi. Ponieważ jednak organizatorzy wydali już mnóstwo pieniędzy (chociażby na bilety lotnicze, hotele i honoraria), postanowiono, że prezentacja każdego z nas zostanie sfilmowana, aby można ją było w takiej formie pokazać studentom w późniejszym terminie. W dobrych humorach udaliśmy się na teren Uniwersytetu położonego wśród eksplodującej flory.

Mehdi Saeedi (IR), proj. plakatu „Vencemos” (Zwyciężamy)

Mehdi Saeedi (IR), proj. plakatu „Vencemos” (Zwyciężamy)

Mehdi Saeedi (IR), proj. plakatu „Vencemos” (Zwyciężamy)

Lex Drewinski, proj. plakatu „LexICON A–Z”

Wtorek, 28 kwietnia

Lex Drewinski, proj. plakatu „LexICON A–Z”

Lex Drewinski, proj. plakatu „LexICON A–Z”

Wtorek, 28 kwietnia

Pomimo że każdy z nas przywiózł na warsztaty do Meksyku własny temat, to dla wszystkich stało się jasne, że na plakat może być tylko jeden: „Swine Flu”. Pod nieobecność studentów musieliśmy zmierzyć się z nim sami. W taki oto ­sposób powstała chyba pierwsza seria plakatów podejmujących ten problem na miejscu, w Meksyku. Na wykonanie plakatów mieliśmy nie więcej niż kilka godzin. 

Ponieważ do Guadalajary przywiozłem swój LexICON A–Z, żeby go tu wystawić, a „zadany” plakat wykonałem stosunkowo szybko, zostało mi jeszcze trochę czasu na zaimprowizowanie plakatu wystawowego.

Chapala, Meksyk
Meksykańscy przyjaciele robili wszystko, aby umilić nam ten nieco(stresujący)dzienny pobyt. Zawieziono nas nad największe jezioro w Meksyku, położone wśród górskich szczytów. Już po raz nie wiem który potwierdziło się, że meksykański pejzaż z rajskimi kwiatami i ptakami kojarzyć się może właśnie z rajem. Nic dziwnego, że zadałem gospodarzowi pytanie: ile kosztuje tutaj ziemia? Odpowiedź zaginęła w dźwiękach głośnej muzyki Beatlesów, Creamów, Doorsów oraz… The Magnificent Brotherhood, pięknie harmonizującej ze słonecznym krajobrazem i wiekiem zaproszonych gości.

Środa, 29 kwietnia

Guadalajara, Meksyk

Występ przed kamerą z prezentacją swoich prac na ekranie. To dziwne uczucie przemawiać w dużej auli do pustych krzeseł. Z dwojga złego chyba już lepiej do pustych studentów. 

Wieczorem pożegnalne party u Felipe i Tequili.

Czwartek, 30 kwietnia


Atlanta, USA

Utrzymanie nakazu zamknięcia uczelni oraz zdrowy rozsądek sprawiają, że nasza grupa zaczyna się rozjeżdżać. Andrea odprowadza nas, zamaskowanych, na lotnisko, gdzie bierzemy udział w pełnej maskaradzie. Prawie nie zdejmując masek w drodze z Meksyku do USA, lądujemy w Atlancie. Wyglądamy jak przybysze z innej planety. W obawie, że wezmą nas za terrorystów albo za „pieprzniętych”, co i tak na jedno wychodzi, chowamy maski do podróżnych toreb.

Nowy Jork, Kennedy
Czasu wystarcza nam tylko na kolację, dotarcie do hotelu oraz kamienny sen.

Piątek, 1 maja

Nowy Jork
Jako grafik natychmiast odkryłem nieznane mi dotychczas z Europy oznaczenie ścieżki rowerowej. Biały znak przedstawia rower wraz z rowerzystą na zielonym tle. Pomimo że uzupełniony o sylwetkę jadącego w kasku ochronnym człowieka, niewystępującego na znaku europejskim, jest on jednak bardziej uproszczony, a tym samym nowocześniejszy od naszego. Forma roweru zredukowana została do dwóch kół. Słusznie zrezygnowano z pedałów oraz kierownicy na rzecz rowerzysty, sugerując, że rowery nie jeżdżą same, tak jak u nas w Europie. Jestem mile zaskoczony. Tym bardziej że znak ten powstał w kraju, w którym na autostradach znaków drogowych jak na lekarstwo!

fot. Lex Drewiński

fot. Lex Drewiński

fot. Lex Drewiński

Sobota, 2 maja

Berlin, Tegel
Na lotnisku w Berlinie ani śladu celników! To niecodzienne zjawisko zawdzięczamy z pewnością świńskiej grypie. Schwein gehabt!


*    Schwein gehabt – niem. mieć świnię, tzn. mieć szczęście.

Szukaj nas na Facebooku

Szukaj