O autorze

Piotr Mikołajczak

Artykuł

Artykuł ukazał się w numerze 49 (IV/2013) kwartalnika 2+3D

Teoria dizajnu

Wciskanie kitu. O nowomowie dizajnu

Piotr Mikołajczak, 17 października 2016

Miałem plan – podczas tych wakacji ani jednej książki związanej z projektowaniem, ani słowa o dizajnie…

Wyjątkowo ciepły sierpień tego lata, balkon w jednej z miejscowości na południu naszego kraju. Na stole akcesoria jak w tytule filmu Jarmusha, do tego książka, właściwie książeczka, w formacie nazywanym kieszonkowym (kiedy jeszcze czytano książki). Harry G. Frankfurt, O wciskaniu kitu (On Bullshit), uroczo.

Po kilku stronach lektury już wiedziałem, że plan legnie w gruzach. W książce nie pada ani jedno słowo o projektowaniu, a jednak przerzucając kolejne kartki, miałem wrażenie, że to o dizajnie właśnie. Autor książeczki stara się precyzyjnie określić, czym jest wciskanie kitu, dlaczego jest go tak dużo i jakie są subtelne różnice pomiędzy kitem a kłamstwem czy blagą. Idąc za myślą książki, spróbuję zatem dokładniej się przyjrzeć kitowi wokół dizajnu. Kłamstwa będę unikał, choć nie uda się pewnie uciec od blagi. Stawiając rzeczy na ostrzu noża, można powiedzieć, że cały ten dizajn jest wciskaniem kitu, ale to uproszczenie i w sumie… też kit.

„Ilekroć czyjeś zobowiązania bądź możliwości wypowiadania się na jakiś temat przewyższają znajomość faktów odnoszących się do tego tematu, następuje produkcja kitu. Ów rozdźwięk jest zjawiskiem powszechnym w naszym życiu publicznym, którego uczestnicy często czują się zobligowani – czy to przez własne skłonności, czy to przez naciski innych – do wygłaszania obszernych wypowiedzi o sprawach, o których nie posiadają dostatecznej wiedzy”1.

Medialna popularyzacja dizajnu to zjawisko z założenia korzystne dla projektantów. Powinno wzmacniać w społeczeństwie świadomość funkcjonowania naszego zawodu. Jednak jak ten medialny wizerunek się przedstawia? Czy nie wychodzimy na „świrów”, robiących dziwaczne, niepotrzebne rzeczy, a na dodatek jakoś dziwnie mówiących? Czy cała ta nagonka na dizajn nie przynosi odwrotnych efektów?

W pismach, na stronach internetowych czy w programach telewizyjnych z „designem” w tytule obserwujemy coś, co można określić jako szczucie dizajnem. To wciskanie kitu polega na udawaniu, że wszystko jest OK i jedyną rzeczą potrzebną ludziom do szczęścia jest dizajn, że jesteśmy takim samym europejskim krajem jak, dajmy na to, Holandia czy Dania, a nasze marzenia krążą wokół pięknych rzeczy… Może i krążą, jednak z tą różnicą, że te rzeczy kosztują Tu tyle samo co Tam, a średnie zarobki są całkiem inne. Przeciętnie zarabiający Polak może jedynie pooglądać dizajn, nabierając przekonania, że to coś, na co go nie stać.

Przez taką promocję dizajn powszechnie wciąż jest postrzegany jako kosztowne fanaberie i luksus. Nawet te rzeczy, które nie są lub nie mają być odbierane jako luksusowe, poprzez wciskanie „wytwornego” kitu nabierają fałszywego nimbu. Doskonale wiemy, że taki ogląd projektowania jest krzywdzący, ale na lukrowanych, szeroko dostępnych stronach nie ma miejsca na proste, niedrogie, dobrze zaprojektowane i potrzebne rzeczy. To nie jest „glamour” (za mało kitu), więc szkoda na to papieru i prądu.

Jasne, że luksusowy dizajn ma nabywców i jest potrzebny do realizacji wyszukanych celów. Jednak jest tu mowa o tworzeniu pseudoluksusowych obiektów poprzez mówienie, pisanie czy pokazywanie banalnych rzeczy w taki sposób, jakby były boskim objawieniem. Ten wizerunek nie sprzyja „zwykłemu”, najbardziej potrzebnemu projektowaniu, którego jest najwięcej, choćby takich „okropnie przyziemnych” rzeczy, jak klamki, przełączniki, uchwyty, obudowy czy „zwykłe” meble.

Na drugim biegunie pozostaje nurt, który można określić jako art design. Obiekty należące do niego mają zwracać na siebie uwagę, a przez to kierować ją na problem, zagadnienie, którego dotyczą; niekoniecznie muszą być użyteczne w powszechnym mniemaniu. Bywają szczerymi wypowiedziami twórczymi i nie pozostawiają złudzeń, że nie są dla wszystkich. Jednak tym obiektom też nie poświęca się zbyt wiele uwagi – są za mało „popowe”, zbyt trudne i wciskanie kitu za ich pomocą nie jest takie łatwe. Trudniej przekonać, że są to rzeczy absolutnie niezbędne do przetrwania we współczesnym świecie.

Kultura zatoczyła koło i znów żyjemy w jej obrazkowej odmianie. W tle obrazków pojawiają się słowa, lecz by nie przeszkadzały i nie były zbyt wyraziste, następuje powrót swoistej nowomowy. W panującym totalitaryzmie medialnym jest to pustosłowie, które posługuje się pseudouczoną formą, tak by używający jej mogli przedstawiać siebie w jak najlepszym świetle, omijając ważne problemy lub rozcieńczając je w słowach, kierując myśli słuchaczy czy czytelników na określone tory, schematy myślenia.

Nowomowa jest wciskaniem kitu, używaniem przemądrzałych neologizmów, obcojęzycznych zwrotów, aby stworzyć wrażenie profesjonalizmu, a jednocześnie zaciemnić sedno przekazu. W efekcie odbiorca powinien pomyśleć, że ma braki i dlatego nie rozumie, co się do niego mówi.

Jednak język, którym się posługujemy, mówi również o stanie umysłu. Edukacja zmierza w stronę wypełniania testów – zaznaczania właściwych odpowiedzi. Medialny wzorzec „myślenia” zmierza w stronę posługiwania się schematami poprawności i „prawomyślności”. Korzysta z tego marketing w celu napędzania sprzedaży. W tych okolicznościach powstają kategorie rzeczy, które kryją się pod pozornie niewinnymi określeniami; należy do nich grupa produktów nazywana must have. Rzeczy, które wciska się na medialnych stronach jako niezbędne, bo TRZEBA je mieć. Trzeba, ale po co…? Między innymi po to, by pokazać, że jest się na czasie, zna się na rzeczy, że posiadacz to nie „wiocha”, stać go na to i owo, że podąża się za trendami, za dizajnem i stylem… Innymi słowy: jest się odbiorcą wciskanego kitu i wciska się go dalej – już swoją postawą.

Kilkanaście lat temu – przed kitową ofensywą dizajnu – młodzi ludzie zupełnie serio traktowali dylemat „mieć czy być”. Pokolenie must have ma o jeden dylemat mniej. Sprawa jest prosta: musisz mieć. Materialne marzenia stają się najważniejsze, ale mają jedną wadę: są zbyt łatwo osiągalne. Tu z pomocą przychodzi marketing i tworzy nowe marzenia, nakręcając spiralę kupowania i braku zadowolenia, na który lekiem mają być kolejne zakupy. W ten sposób miłośnicy must have tworzą nowe pokolenie niewolników – uzależnionych od nabywania rzeczy i marketingowej otoczki zakupów.

Kolejna warstwa kitu ściśle przylega do języka. Słuchając popularnej „mowy” dizajnu, można odnieść wrażenie, że ślizga się ona po powierzchni znaczeń i zjawisk, posługuje sloganami, za którymi mają się kryć znaczenia. Używając „mądrych” określeń, projektanci chcą pokazać, że sami są mądrzy, a to, czym się zajmują, jest ważne i potrzebne; chcą stworzyć aurę artyzmu i wyjątkowości, ale efekt jest czasem wręcz odwrotny. Powstaje zawodowy bełkot, którego nikt nie rozumie.

Pominę nasuwającą się tu dłuższą dygresję o bełkotliwej gwarze agencji reklamowych. Korespondencja z nimi często ociera się o kabaret, kiedy to trzeba sfokusować się na brifie, żeby target stał się userem. To już wielokrotnie obśmiany język, a jednak wciąż jest w użyciu. Sfokusuję się raczej na kwestii, która bezpośrednio dotyczy projektantów i wciskania kitu. Wokół dizajnu pojawiło się sporo określeń, „słów kluczy”, które mają konstytuować wątpliwe treści. Mamy więc dizajn „zmysłowy”, „ergonomiczny”, „nowoczesny”, „uniwersalny”, „zrównoważony” czy „ekologiczny”. Nadużywanie określeń, za którymi stały ważne idee, wykorzystywanie ich nader często i ze zbyt błahych powodów czyni je pustosłowiem, dewaluuje. Treści, które kryją się pod hasłami typu „dizajn zrównoważony”, wymagają ciągłej weryfikacji. To, co obecnie wydaje się zrównoważone, w dynamicznym świecie za rok może już być niezrównoważone. Czasem warto użyć kilku słów więcej i wyjaśnić, na czy polega idea zrównoważenia w danym projekcie.

Ratowanie zasobów planety, wykorzystywanie lokalnych źródeł materiału i zasobów ludzkich, odnawialność materiałów, unikanie produkcji odpadów, ograniczanie zużycia energii, kształtowanie zrównoważonego społeczeństwa… To wszystko pięknie brzmi, ale jak ma się do tego naszyjnik z papieru, kolejna lampa z trawy, przycisk na biurko z ekologicznego plastiku czy inne mało potrzebne gadżety za grube pieniądze? Określenie „dizajn zrównoważony”, a przynajmniej jego brzmienie, stało się swoistą manierą, przykrywką do produkcji kolejnych niepotrzebnych rzeczy, bez których świat, który chcemy ratować, może spokojnie się obejść. Trochę gorzej z projektantami, którzy upatrują w byciu „trendy‑zrównoważonymi” szansy na powodzenie. Nie ma w tym nic szczególnego, że ludzie chcą osiągać sukces, tylko po co rozmydlać go wciskaniem kitu? Takie podpinanie się z „trendy‑gadżetami” pod ideę szukania zrównoważonego świata to kokieteria niemająca wiele wspólnego z ratowaniem Ziemi.

Produkowano by mniej kitu, gdyby ładnym przedmiotom towarzyszyły szczere wypowiedzi. Nie powinny one pozostawiać wątpliwości, że niektóre rzeczy mają jedynie dobrze wyglądać, być ozdobą, sprawiać przyjemność. Bo pewne przedmioty są właśnie do tego. Wtedy już nabywca decyduje, czy kupuje ten kit, czy też nie. Gorzej, jeśli usiłuje się nas przekonywać, że są to rzeczy „wielkoideowe”, a kupując je, robimy sobie podwójnie dobrze – nie tylko zostajemy ich posiadaczami, ale ratujemy świat.

Wielu projektantów używa mądrych słów na swoich blogach, w wypowiedziach medialnych. Tymczasem wśród tych wypowiedzi niekiedy słychać brak „pracy u podstaw”. Wielu stosuje określenie „forma”, kiedy chce opisać kształt; niewielu potrafi zdefiniować subtelne różnice między produktem a przedmiotem, między czcionką a krojem pisma, logo a logotypem, modelem a prototypem… Można powiedzieć, że to zadanie dla językoznawców (pewnie też), ale język, jakim się posługujemy, wymaga doskonalenia – jest ściśle związany z naszą pracą. Opis to jeden z ważnych elementów projektu, nie jest więc dobrze, gdy nieprecyzyjny język pomniejsza jego wartość. Banalne, okrągłe określenia typu „estetyczne”, „interesujące”, „inspirujące”, „kreatywne” „innowacyjne” czy po prostu „fajne”, „spoko”, „fensi”, „trendi”, „czadowe”, „odjazdowe”, nie wspominając o wszędobylskim wulgaryzmie „zajebiste”, są kolokwializmami. Używamy ich w swobodnych rozmowach, którym towarzyszy cała gama innych sygnałów, takich jak ton głosu, mimika, gesty. Stosowane w „oficjalnych” wypowiedziach, zazwyczaj są pustosłowiem zmierzającym do tworzenia zbytnich uproszczeń – słownymi „emotikonami” sugerującymi emocje, a nie opisującymi stan rzeczy.

„Dzisiejsze rozpowszechnienie wciskania kitu ma również źródło w rozmaitych formach sceptycyzmu, odmawiającego nam rzeczywistego dostępu do wiarygodnych faktów i obiektywnej rzeczywistości, a co za tym idzie, odrzucającego wszelką możliwość dowiedzenia się, jak przedstawia się faktyczny stan rzeczy […]. Miast dążyć przede wszystkim do ścisłego przedstawienia naszego wspólnego świata, jednostka angażuje swoją energię w szczere przedstawienie własnej osoby. Przekonana, że rzeczywistość wyzbyta jest przyrodzonych i nieodłącznych właściwości, które dałoby się zidentyfikować jako prawdę o rzeczach, jednostka ta zwraca się ku głoszeniu prawdy o swoich właściwościach”2.

Czyż nie podobne wnioski nasuwają się, gdy obserwujemy rozpaczliwe poszukiwania oryginalności w produktach, wymyślanie na siłę nowych, niepotrzebnych funkcji i przekonywanie o ich niezbędności? Można nazwać je nowomową form, ale tu już zaglądamy do przepastnej kopalni kitu i takiemu ogromowi można by poświęcić klika innych felietonów. Powściągliwość jest cenną cechą zapobiegającą nadmiarowi kitu, którego i tu pewnie wcisnąłem już niemało. Zakończę zatem słynnym rosyjskim przysłowiem, które może być lekarstwem na nowomowę: „tisze jediesz, dalsze budiesz”.

Piotr Mikołajczak

 

mi

1. H.G. Frankfurt, O wciskaniu kitu (On bullshit),
przekł. H. Pustuła, Warszawa 2008, s. 72.
2. Tamże, s. 74–75.

Szukaj nas na Facebooku

Szukaj