O autorze

Jan Sowa

Socjolog, eseista. Studiował polonistykę, psychologię i filozofię na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Od 2006 doktor socjologii. Aktualnie jest adiunktem w Instytucie Kultury Uniwersytetu Jagiellońskiego. Publikował m.in. w Lampie, Krytyce Politycznej i magazynie Ha!art, z którym jest związany od 1999 roku. Jest redaktorem Linii Radykalnej Korporacji Ha!art. Przewodniczący rady Fundacji Korporacja Ha!art.

Artykuł

Artykuł ukazał się w numerze 12 (III/2004) kwartalnika 2+3D

Teoria dizajnu

Wirus wolności

Jan Sowa, 26 października 2012

Artykuł archiwalny

Jaki jest najlepiej rozpoznawalny znak firmowy na świecie? Logo koncernu Coca-Cola. Za popularnością znaku firmowego idzie oczywiście znajomość produktu: smak coca-coli znają miliony mieszkańców naszej planety. Ale jak zrobić colę? Cóż, to nie jest już bynajmniej informacja powszechnie dostępna. Należy ona do bardzo skrzętnie strzeżonych i prawnie chronionych tajemnic handlowych. Ekstrakt coli sporządzany jest zgodnie z recepturą, którą zna kilka, najwyżej kilkanaście osób na świecie. Rozsiane po całej planecie fabryki dolewają odpowiednią ilość wody do dostarczonego z USA ekstraktu i tak powstaje napój, który później, w butelkach lub puszkach, dociera do sklepów. Wydawać by się mogło, że z powodu tajemnicy, jaką otoczona została receptura coli, wykonanie jej samemu w domu jest niemożliwe. A jednak w internecie bez większego trudu odszukać można instrukcję sporządzenia open coli – napoju o smaku praktycznie nieodróżnialnym od coca-coli. Co więcej, recepturę tę można dowolnie modyfikować i rozpowszechniać.

Open Cola jest modelowym przykładem produktu, który określa się jako „wolny” (ang. free) lub „otwarty” (ang. open). I nie jest bynajmniej przykładem jedynym. Inne, to chociażby system operacyjny Linux, pakiet programów biurowych Open Office, internetowa encyklopedia Wikipedia, przeglądarki WWW z rodziny Mozilla czy słownik najnowszej literatury polskiej wydany dwa lata temu w antologii Tekstylia1.

Historia ruchu „wolnych” produktów sięga lat 70. i początku 80. Jego twórcą jest Richard Stallman, informatyk, który od 1971 roku pracował w Laboratorium Sztucznej Inteligencji MIT (Massachusetts Institute
of Technology). W historii informatyki był to okres pionierski. Pecety pozostawały wciąż pomysłem z dziedziny fantastyki naukowej, a komputerów używano wyłącznie w dziedzinach wysoko wyspecjalizowanych, głównie w badaniach naukowych, przemyśle i armii2.

Stallman po latach wspomina, że wśród osób wykorzystujących zawodowo komputery powstał rodzaj wspólnoty3. Ponieważ nie istniało nic takiego jak powszechnie dostępne komercyjne oprogramowanie, użytkownicy sami tworzyli programy i wymieniali się nimi. Mając dostęp do kodu źródłowego, każdy mógł zmodyfikować program, aby dostosować go do własnych potrzeb. Nikt nie wspominał o prawach autorskich, między innymi dlatego, że trudno byłoby jednoznacznie stwierdzić, kto jest autorem konkretnej wersji programu. Produkt końcowy zawierał w sobie pracę dziesiątków różnych osób; będąc efektem wspólnego wysiłku, traktowany był również jak dobro wspólne. Sytuacja ta uległa drastycznej zmianie na początku lat 80., kiedy to pojawiła się nowa generacja komputerów, a wraz z nimi oprogramowanie objęte prawem autorskim. Nie wolno było nie tylko kopiować go bez zezwolenia, ale i wprowadzać w nim żadnych zmian, co Stallman uznawał za zniewolenie. Kod źródłowy był niedostępny i pilnie strzeżony. Z tego powodu nie dało się poprawić błędów w systemie operacyjnym. Stallman wspomina, że jednym z nich był fatalnie napisany sterownik drukarki, który sprawiał, że korzystanie z niej stało się ogromnie niewygodne. Wcześniej w podobnej sytuacji ktoś, kto umiał poprawić program, kompilował nową wersję, umieszczał na powszechnie dostępnym komputerze i mówił wszystkim zainteresowanym: „Tu jest lepsza wersja. Kto chce, niech korzysta. A tu jest kod źródłowy – jeśli ktoś ma lepsze pomysły, to niech poprawia dalej”. Wraz z nastaniem ery prawnej ochrony oprogramowania nie było to już możliwe. Firma produkująca sterownik do drukarki odmówiła udostępnienia kodu źródłowego, zasłaniając się tajemnicą handlową. Stallman, zniechęcony rozpadem społeczności programistów, zrezygnował w końcu z pracy w MIT. W napisanym wiele lat później tekście tłumaczył, że kierowało nim przekonanie, iż utrzymywanie w tajemnicy kodu źródłowego i zakaz dokonywania zmian w programie są szkodliwe i prowadzą do ubezwłasnowolnienia użytkownika. Widząc, jak potężnym narzędziem stają się komputery, Stallman uznał, że trzeba bronić wolności modyfikowania programów komputerowych i w 1985 roku założył Fundację Wolnego Oprogramowania (Free Software Foundation).

Aby zrozumieć, o co chodzi twórcom takich programów jak Linux, trzeba zwrócić uwagę na nacisk, jaki Stallman, mówiąc o programach komputerowych, kładzie na wolność. Przeciętny użytkownik komputerów wolne oprogramowanie kojarzy najczęściej z wymiarem finansowym. Za system operacyjny firmy Microsoft trzeba zapłacić kilkaset złotych, za pakiet Office ponad tysiąc, natomiast Linux i Open Office dostępne są za darmo. Jednak to nie bezpłatny dostęp do programów jest sprawą najważniejszą. W wielu miejscach i przy różnych okazjach Stallman tłumaczy, że słowo free w nazwie fundacji nie oznacza „darmowy”, ale „wolny”. Wolność oprogramowania polega nie na braku opłaty, ale na tym, że każdy jego fragment jest w stu procentach jawny. Dostępność kodu źródłowego i możliwość jego dowolnej modyfikacji to jeden z podstawowych wyznaczników wolnego oprogramowania. Cena jest sprawą drugoplanową. Wolne programy rozpowszechniać można za darmo, można je jednak również sprzedawać. Open Office da się ściągnąć z sieci, ale jest również rozprowadzany komercyjnie. Podobnie, jak system Linux sprzedawany przez Red Hat czy Mandrake.

Dlaczego jawność kodu źródłowego i możliwość jego dowolnej modyfikacji są dla twórców wolnego oprogramowania tak istotne? Powiadają oni, że
z postępem wiedzy o świecie i rozwojem naszych umiejętności technologicznych jest tak, jak z gotowaniem: ludzie od tysięcy lat tworzą najróżniejsze potrawy i wymieniają się między sobą przepisami. Potem ktoś postanawia zmodyfikować oryginalną recepturę i wymyśla nowe, pyszne i bardzo zdrowe danie. Rozdaje przepis swoim przyjaciołom, którzy znów eksperymentują, tworząc nowe potrawy. Przepisy kulinarne, podobnie jak wiedza naukowa na temat budowy świata oraz know-how, są częścią wspólnego dziedzictwa ludzkości. Warunkiem sine qua non postępu technicznego jest ogólna dostępność wiedzy. Wyobraźmy sobie świat, w którym Albert Einstein nie zna zasad dynamiki newtonowskiej, bo Newton nie był bezinteresownym uczonym, ale zachłanną korporacją, która wzory klasycznej mechaniki opatentowała, utajniła i zakazała modyfikować. Nawet gdyby jakimś cudem wymyślił teorię względności, co jest wątpliwe, nie wolno by mu było zmienić wzorów Newtona, dodając poprawkę, wynikającą ze skończonej prędkości światła, jak to w rzeczywistości uczynił. W efekcie jego teoria istniałaby – być może – w podziemiu „hackerów nauki”, ale loty kosmiczne, nadprzewodniki, telefony komórkowe oraz wiele innych osiągnięć naukowych i technologicznych pozostawałoby zapewne w sferze fantazji. Taki świat wydaje nam się absurdalny, jednak poprzez zakuwanie wiedzy i wytworów ludzkiego intelektu w kajdany patentów i restrykcyjnych praw autorskich coraz bardziej zbliżamy się do podobnej rzeczywistości. Twórcy wolnego oprogramowania kładą duży nacisk na fakt, iż nowe odkrycie – również w sferze komputerów i programowania – powstaje na bazie istniejącej wiedzy, która jest powszechnie dostępna. Odmawiając innym dostępu do nowo powstałej wiedzy, zmniejszamy szansę na pojawienie się kolejnych odkryć. Jest to twierdzenie, które znajduje poparcie w danych empirycznych, zebranych przez zespół naukowców z MIT: tempo dokonywania odkryć naukowych spada wraz z mnożeniem się patentów4. Co więcej, system tajności i patentów jest na polu programowania niewydajny, prowadzi bowiem do powstawania oprogramowania pełnego wad, błędów i luk. W związku z dostępnością kodu źródłowego, wolne oprogramowanie jest nieustannie testowane i poprawiane przez kilka tysięcy wysoko wykwalifikowanych informatyków na całym świecie. Błędy systemów prawnie chronionych, takich jak Windows XP, wychodzą dopiero „w praniu”, czego efektem jest mnożenie się wirusów, wykorzystujących luki produktów Microsoftu. Ten stan rzeczy ma istotne konsekwencje praktyczne: internet jest zbudowany w dużej mierze na bazie technologii wolnego lub otwartego oprogramowania, takich jak Linux, Apache, BSD, co stanowi najlepszy dowód ich wysokiej jakości. Jeśli chodzi o systemy operacyjne komputerów osobistych, Windows XP jest bez wątpienia lepszy niż jakakolwiek wersja wolnych X Windows dostępna spod systemu Linux – jednak niewiele lepszy. Jeśli weźmiemy pod uwagę, jak gigantyczną firmą jest Microsoft i jak ogromnymi zasobami finansowymi dysponuje, to fakt, że wyprodukował system tylko trochę lepszy od tego, co stworzyła grupa młodych entuzjastów programowania, pracujących bardzo często za darmo, należy uznać za porażkę: góra urodziła mysz.

Fundacja Wolnego Oprogramowania ma na swoim koncie dwie wielkie zasługi: uruchomienie projektu GNU, który doprowadził do powstania wolnego systemu operacyjnego GNU/Linux oraz opracowanie General Public License (ogólna licencja publiczna, w skrócie: GPL) – licencji na oprogramowanie konkurencyjnej dla klasycznych praw autorskich (copyright). Istota działania GPL jest prosta: wszystko, co jest nią objęte, pozostaje wolne, co oznacza, że użytkownik może dany produkt dowolnie modyfikować i rozprowadzać (za darmo lub odpłatnie), ale pod bardzo istotnym warunkiem: to, co w rezultacie powstanie, będzie rozprowadzane dalej na tych samych zasadach. GPL mówi więc: „Oto coś, z czym możesz zrobić, co ci się podoba, pod warunkiem, że to, co wykonasz, będzie dalej rozprowadzane na zasadach GPL”. Wolny produkt działa więc jak wirus: rozpowszechniając swój kod, powiela zasady swojego rozpowszechniania. Jest to ucieleśnienie zasady wspomnianej powyżej: nowe odkrycia dokonywane są w oparciu o wiedzę, która jest dobrem wspólnym, same zatem powinny również takim pozostać. Nie wyklucza to oczywiście w żadnym razie działalności komercyjnej. Istnieją firmy sprzedające wolne oprogramowanie, chociaż dokładnie te same produkty można ściągnąć za darmo z internetu (wolność kopiowania jest jedną z podstawowych zasad GPL). Trzeba jednak dodać, że oprogramowanie w wersji komercyjnej dostarczane jest w ładnie zaprojektowanym pakiecie wraz z obszerną instrukcją i – co ważniejsze – towarzyszy mu dodatkowa pomoc w aktualizacjach oraz szkolenia. O tym, że podobne rozwiązanie sprawdza się w praktyce świadczy istnienie firm, takich jak Red Hat czy Mandrake Soft, które, paradoksalnie, utrzymują się ze sprzedaży tego, co da się zdobyć za darmo.

GPL można też rozumieć jako modelowy przykład alternatywy dla tradycyjnych praw autorskich i potraktować jako punkt wyjścia do stworzenia innych, hybrydowych licencji. Przeglądarka Netscape, która została kilka lat temu praktycznie wyeliminowana z rynku przez monopolistyczne praktyki Microsoftu, jest dostępna za darmo dla zastosowań domowych i edukacyjnych, trzeba natomiast zapłacić, jeśli ma się zamiar wykorzystywać ją na przykład w firmie5. Warto zwrócić uwagę na tę kwestię, ponieważ wielki biznes przedstawia sprawę w kategoriach czarno-białych: patenty i prawa autorskie albo piractwo, czyli tertium non datur. Istnienie wolnego oprogramowania wskazuje jednak na możliwość wyboru trzeciej drogi.

GPL ma swoją potoczną nazwę: Copyleft. Jest to gra słów, którą wymyślił w 1985 roku przyjaciel Stallmana, Don Hopkins, pisząc żartobliwie na kopercie jednego z listów: „Copyleft. All wrongs reserved”. Jako licencja GPL okazał się bardzo płodny. Chociaż wymyślono go w celu prawnej ochrony oprogramowania przed zakusami chciwych korporacji (produkt raz objęty copyleftem nie może być już zawłaszczony przez restrykcyjne prawa autorskie, z jakich korzysta wielki biznes), jest używany w najróżniejszych dziedzinach ludzkiej aktywności twórczej. Oprócz programów komputerowych są więc copyleftowane książki, muzyka, filmy i fotografie. Być może dałoby się stworzyć copyleftowany dizajn, chociaż nie wiem, czy takie próby są podejmowane. Obszerne informacje na temat produktów objętych copyleftem znaleźć można w internecie, dlatego też – zamiast wymieniać je i omawiać – wszystkich tych, których zainteresował wirus wolności odsyłam pod odpowiednie adresy.

Fundacja Wolnego Oprogramowania (Free Software Foundation) – www.gnu.org
Organizacja założona przez Richarda Stallmana. Na stronie znajdują się informacje dotyczące ruchu wolnego oprogramowania oraz aktualnego stanu projektów prowadzonych przez fundację, a także pełny tekst GPL. Istnieje polska wersja serwisu (www.gnu.org.pl) wraz z polskim tekstem licencji.

Copyleft.art.pl – polski portal informacyjny na temat copyleftu. Celem tworzącej go grupki entuzjastów (przewodzi im Jarek Lipszyc, poeta z Warszawy, kiedyś redaktor naczelny pisma „Meble”) jest doprowadzenie do powstania w Polsce ustawy o licencji GPL, co dałoby polskim twórcom możliwość jej stosowania (na razie w świetle polskiego prawa copyleft nie istnieje i nie ma charakteru prawnie wiążącej licencji). Można tam znaleźć również wiele linków do tekstów poświęconych open source i copyleftowi.

Wikipedia, www.wikipedia.org – wolna encyklopedia, tworzona przez użytkowników internetu. Obszerne i kompetentne źródło wiedzy (zawiera prawie trzysta tysięcy haseł, miesięcznie odwiedza ją kilka milionów internautów). Posiada wydania lokalne, między innymi w tak egzotycznych językach jak perski, maoryski i tamilski. Istnieje również polska wersja: pl.wikipedia.org – Wikipedia zdobyła w tym roku pierwszą nagrodę na prestiżowym festiwalu sztuki nowych mediów Ars Electronica w Linzu w kategorii „Digital Communities”. Na ten temat więcej na stronach Festiwalu: www.aec.at/en/prix/winners2004.asp

Creative Commons, creativecommons.org – portal poświęcony wykorzystaniu copyleftu na polu działalności twórczej. Obszerne archiwum literatury, muzyki i filmu objętego licencjami typu copyleft. Podobnie jak Wikipedia, portal Creative Commons został w tym roku wyróżniony nagrodą na Ars Electronica (w kategorii „Net Vision”). Na ten temat więcej na stronach Festiwalu: www.aec.at/en/prix/winners2004.asp

Free Art License, http://artlibre.org/licence.php/lalgb.html – copyleft dostosowany do potrzeb działalności artystycznej.

www.copyleftmedia.org.uk – strona poświęcona książce Miriama Rainsforda Copyleft: creativity, technology and freedom. W streszczeniu książki znajdują się ciekawe rozważania na temat związków między copyleftem a tradycją samplowania w muzyce oraz interesujące linki, między innymi do wytwórni illegal art (www.detritus.net/illegalart/), oferującej copyleftowaną eksperymentalną muzykę elektroniczną.

Johan Soderberg, Copyleft vs. Copyright: A Marxist Critique, www.firstmonday.dk/issues/issue7_3/soderberg/ – interesujące rozważania na temat copyleftu w kontekście szerszej problematyki społeczno-kulturowej. Obszerna i ciekawa bibliografia, szczególnie godna polecenia osobom, które interesuje lewicowo zorientowana refleksja nad współczesnym społeczeństwem informacyjnym.

1. Tekstylia o „rocznikach siedemdziesiątych”, Piotr Marecki, Igor Stokfiszewski, Michał Witkowski (red.), Rabid, Kraków 2002.
2. Anegdota głosi, że gdy szef koncernu IBM otrzymał w 1975 roku
list z propozycją skonstruowania i wyprodukowania komputera osobistego, natychmiast wyrzucił tę propozycję do kosza. Pomysł, by zwyczajny człowiek mógł mieć na biurku komputer, wydał mu się „absurdalnie śmieszny”. Autorem listu był Steve Jobs, twórca komputerów Apple.
3. Obszerne archiwum tekstów Stallmana znajduje się na jego stronie: www.stallman.org.
4. Por. James Bessen i Eric Maskin, Sequential Innovation, Patents, and Imitation, www.researchoninnovation.org/patent.pdf.
5. Nota bene, chociaż Netscape jako produkt został zmarginalizowany, jego kod źródłowy dzięki swojej jawności żyje nadal i ostatnio doczekał się kolejnego wcielenia w postaci doskonałej przeglądarki Firebird/Firefox. W  przeciwieństwie do poprzednich wersji, tym razem Mozilla w niczym nie ustępuje najnowszej wersji Explorera. Pod pewnymi jest nawet wygodniejsza w użytkowaniu, np. dzięki zakładkom i wbudowanemu paskowi Google’a.

Szukaj nas na Facebooku

Szukaj