O autorze

Piotr Mikołajczak

Artykuł

Artykuł ukazał się w numerze 28 (III/2008) kwartalnika 2+3D

Ilustracje

Projektowanie przemysłowe

Wszystko za 2,50 – Z wizytą w domu wariatów

Piotr Mikołajczak, 9 kwietnia 2013

Artykuł archiwalny

Często słyszy się o tym, że przedmioty mają „duszę” czy „osobowość”. Mądre głowy i pasjonaci kochający rzeczy starają się udowadniać tezy za i przeciw. Ja zastanawiam się czasem, czy przedmioty mogą mieć odchylenia psychiczne? Można skwitować tę myśl parsknięciem: „oczywiście, że nie, bo przedmioty nie mają psychiki”. Wiem, że nie mają właściwości intelektualnych i uczuciowych ani życia duchowego. Jednak w moich wędrówkach często spotykam na drodze „domy wariatów dla przedmiotów” i wtedy zaczynam się zastanawiać, kto tu ma coś „nie w porządku pod sufitem”. Ja, rzeczy, ich twórcy czy nabywcy? Może każdy po trochu – i tak powstaje zbiorowe szaleństwo.
Zatem od początku – zbadajmy ten przypadek.
Siostro, tlen!


Powoli oswajamy się z tym, że współcześnie wytwarzane przedmioty są projektowane tak, by szybko się starzały. Wymiana na „nowy model” całkiem sprawnego i funkcjonalnego sprzętu przychodzi nam z coraz mniejszym trudem i nawet w sumieniu projektanta nie budzi już tak wielkiej odrazy. Wewnętrzny głos jeszcze cicho protestuje, szepcząc coś o napełnieniu świata nawozem oraz o tym, że są dziedziny i miejsca na ziemi, które naprawdę potrzebują rzeczy.

Wielopokoleniowe, solidne sprzęty nie bardzo ­przystają do szybkiego, mobilnego trybu życia ­promowanego przez ogólnie pojęty marketing.
Rozwijająca się prężnie technologia też nie sprzyja tworzeniu powszechnie dostępnych, solidnych sprzętów. Zresztą jak wyobrazić sobie solidny odtwarzacz mp3? Obecnie nowy model za dwa lata będzie już archaiczny, jeśli chodzi o pojemność pamięci, trwałość baterii, jakość dźwięku itp.

Ta nowa kultura przedmiotu krótkotrwałego w połączeniu z rozwijającą się technologią produkcji i tanią siłą roboczą z Dalekiego Wschodu przy jednoczesnym braku pomysłu i nieokreślonym celu stworzyły specjalny gatunek rzeczy. Przedmiotów jak ze snu wariata, których cechy funkcjonalne i wizualne przesunęły się w stronę absurdu tak dalece, że powstał gatunek wyrobów fikcyjnych. Czy można nazwać normalnymi te rzeczy, które zanim trafią do produkcji, już są bublami, a ledwie wyskoczą z maszyny – już są śmieciami…? Po co uruchamiać skomplikowany i energochłonny proces produkcji, by tworzyć fantomy rzeczy? Odpowiedzi jak zwykle może być kilka: dla pieniędzy, dla idei, dla przyjemności, dla miłośników absurdu, z głupoty…

Wracając do wariatów, w społeczeństwie za wariata uważa się tego, kto nie przystaje do ogólnie przyjętych norm zachowania, kto przez swoje zaburzenia i aberracje jest nieobliczalny, mało przewidywalny, a zarazem fascynujący poprzez inne spojrzenie na rzeczywistość, czasem zupełnie niegroźny i ­uroczy. Istnienie „domu wariatów” zapewnia zagęszczenie wariactwa w określonym rejonie, dlatego miejsce to jest przerażające i zarazem fascynujące. Z szalonymi przedmiotami jest podobnie. Kilka lat temu ktoś wpadł na pomysł zebrania przedmiotów‑bubli w jednym miejscu, tworząc w ten sposób oazy rzeczy niepotrzebnych, źle zaprojektowanych, zbiór wytworów fikcyjnych i imitujących. Co więcej, pomysł się sprawdził, bo przedmioty te znajdują nabywców. Podstawowym i jedynym kryterium ich doboru jest niska cena. Od tej pory jak grzyby po deszczu na terenie naszego kraju powstała wielka sieć sklepów z asortymentem tyle tanim, co zadziwiającym. W każdym mieście i miasteczku pojawiły się szyldy: „Wszystko za 5 zł” czy „Absolutnie wszystko po 2,50 zł”. Szczególnie rzucają się w oczy w mniejszych miastach, gdzie na jednej ulicy o długości kilometra można znaleźć kilka tego typu przybytków (nie jest to tylko lokalna osobliwość; w wielu krajach istnieją różne odmiany „sklepów za drobne”). Niby nie ma w tym nic dziwnego i nie czepiam się lokalnych przedsiębiorców, którzy podchwycili pomysł – oni zarabiają, a co sprzedają, to w gruncie rzeczy wszystko im jedno. Dziwi jednak fakt, jak wiele nieudanych rzeczy udaje im się gromadzić w swoich salonach i jak licznych nabywców znajdują te przedmioty.

Przyznam, że gdy przekraczam próg takiego miejsca, z przyczyn poznawczych oraz dla czystej przyjemności obcowania z absurdem, czuję się, jakbym wchodził do „domu wariatów dla przedmiotów”. Jest tam wszystko, co mieści się w kategorii wariactwa, czyli pełna skala odchyłów – fascynująca dla obserwatora rzeczy. Znajdziemy przedmioty zwykłe, których absurd polega jedynie na tym, że wykonane są z tak tanich i nietrwałych materiałów, że nie nadają się nawet do jednorazowego użytku. Wśród nich są narzędzia, takie jak śrubokręty czy klucze, którymi można wkręcić śrubkę o pół obrotu, bo metal, z którego są wykonane, jest miękki jak dobrze schłodzone masło. To jednak zwykła tandeta, motłoch wśród rzeczy i nie warto zawracać sobie nim głowy. Lepiej rozejrzeć się za tymi, które prezentują swą postacią barwne zawiłości myśli projektowej towarzyszącej ich powstaniu. Zacznijmy od przeglądu repertuaru sklepowych regałów w typowym sklepie „Absolutnie wszystko za 2 zł”. Będzie to przegląd bardzo skrótowy i wybiórczy, ze względu na cierpliwość czytelników i objętość felietonu. Zresztą większość z nas ma własne doświadczenia i obserwacje w tej dziedzinie.

Najczęściej spotykane rzeczy podzieliłem na kilka podstawowych oddziałów.

Ozdoby: pudełka, puzderka, szkatułki, sztuczne kwiaty i owoce z różnych materiałów, maskotki – od niewinnych misiów po spersonifikowane penisy i miniaturki trzeciorzędowych cech płciowych, podstawki pod telefon komórkowy i przeróżne „trzymaki”, uchwyty, przyciski. Znaczącą część tej kategorii stanowią obrazki przedstawiające motywy kwiatowe, owocowe, ­pejzażowe, akty oraz tematy sakralne, które można uznać za osobny podrozdział. Techniki obrazowania są różne – od zwykłych wydruków na papierze i płótnie, po techniki laserowe i elektronikę (np. pejzaż, w którym polna droga jest oflankowana świecącymi diodami, albo wirująca świetlna tarcza za plecami Zbawiciela na krzyżu). Dalej mamy ozdoby nowoczesne – tu zazwyczaj stosuje się tworzywa sztuczne połączone z darami współczesnej elektroniki (np. plastikowa kulka z zatopionymi wewnątrz diodami). Do tej kategorii można też zaliczyć ozdoby sakralne, takie jak świecący krucyfiks, a także często używające elektryki breloki.

Elektronika i elektryka niby‑użytkowa:
tu znajdziemy wszelkiego rodzaju kalkulatory i budziki, radia, latarki, termometry, ewentualnie kombajny składające się z tych wszystkich rzeczy naraz. Wymienione powyżej urządzenia są wbudowane w kształty będące imitacją innych przedmiotów – na przykład kalkulator wyglądający jak telefon komórkowy albo mała latarka w kształcie elektrycznej golarki czy zegar budzik wpisany w imitację tarczy hamulcowej. Ewentualnie kształty mogą być bardzo powściągliwe, kolor srebrny, duży wyświetlacz i sporo przycisków, czyli prawie jak dizajn.

Narzędzia niby‑użytkowe: o nich już wspominałem wcześniej – są to zestawy kluczy, śrubokrętów, wierteł, nożyków, kluczyków, kłódeczek i innych potrzebnych rzeczy. Problem polega na tym, że mimo użytecznego charakteru tych ­wyrobów, nie można z nich korzystać, bo są tylko wiernymi imitacjami wykonanymi nazbyt tanim kosztem z fatalnej jakości materiałów. Zatem ich zakup i próba zastosowania wiążą się z ponownym nabyciem tego samego narzędzia, tyle że już w innej wersji cenowo‑materiałowej.

Zabawki: niby dzieciom nie trzeba wiele, żeby dobrze się bawić – wystarczy kałuża i kawałek kija albo jakieś kółko, które można turlać, coś do rzucania czy odbijania. Takie akcesoria, i to wykonane dość szlachetnie, można by rzeczywiście produkować i sprzedawać za 2,5 zł. Ale nie tu, gdyż tutaj znajdziemy miniatury luksusowych wozów wykonanych z plastiku najpodlejszej jakości, z błyszczącymi „chromowo” elementami, którym po pierwszym zetknięciu z podłożem odpadają kółka; laleczki z koszmaru, wzorowane na swej znanej protoplastce Barbie, jednak jakby jakieś zakurzone i sponiewierane; wspaniałych bohaterów, nadludzkich żołnierzy o twarzach zmutowanych wskutek krzywo namalowanych oczu i niedokładnej formy wtryskowej.

Bielizna, galanteria i obuwie:
staniki, majtki, skarpetki. Zazwyczaj oglądam je z daleka, zatem tylko wiem, że są. Z butami rzecz ma się trochę inaczej – ten rejon staram się omijać, ostrzegany przez węch… Nowe buty wykonane z tworzyw sztucznych wydzielają dość nieznośny zapach; wolę sobie nie wyobrażać, co się dzieje po ich użyciu…

„Ceramika”: miski, patery, talerze z plastiku – suto zdobione; kubki, kubeczki z napisami, z imionami, w różnych kształtach – od niewinnych, owocopodobnych, po inspirowane genitaliami.

Utensylia kuchenne i łazienkowe: szczotki klozetowe z przeźroczystego plastiku, z zatopionymi sztucznymi kwiatami, owocami, muszelkami, takie same mydelniczki, wieszaki, haczyki, solniczki i pieprzniczki – te nadają się na oddzielne opowiadanie; wspomnę tylko szklaną solniczkę z plastikową głową rubasznego kucharza, przez którą się soli…

„Dla jaj”:
czyli rzeczy niby‑dowcipne… szkoda gadać. Oraz wiele innych, dość idiotycznych przedmiotów.

Obrońców „domów wariatów dla przedmiotów” od razu wyręczę: owszem, zdarzają się wśród tej całej hałdy bubli rzeczy zdatne do użytku i znośne pod względem wyglądu, jak choćby kategoria przyborów, której powyżej nie wymieniłem, czyli długopisy, linijki, zestawy igieł, nici itp.

Wszystkie te dobra, zebrane zazwyczaj na niewielkiej powierzchni, mają sporą siłę rażenia. Fascynujące jest zanurzanie się w świat dziwacznych, nietrafionych idei, w zbiory pomyłek i zawiłości poszukiwań formy. W wielopiętrowe koncepty, niewyszukane żarty i wątpliwe udoskonalenia. Świadomy projektant może poczuć się w tym miejscu jak w surrealistycznej galerii osobliwości. Istnienie tylu krótkotrwałych rzeczy, które udają coś innego niż to, czym są, świadczy o przepełnieniu cywilizowanego świata potrzebą posiadania i produkowania przedmiotów. Tylko po to, by zaspokajać namiastki tej potrzeby. Ta sytuacja dopuszcza fikcyjność produktów; tu rozmywają się normalne reguły projektowania i wytwarzania rzeczy. Tutaj nie liczy się jakość, prostota, użyteczność czy subtelność rozwiązania; króluje raczej dekadencki nadmiar, współczesny manieryzm, w którym koncept, zawiłość i niejasność są w cenie. Ważna jest wielość, a nie powściągliwość. Wyobraźnia bez ograniczeń dopuszcza wszelkie zestawienia wszystkiego ze wszystkim, jest jednak ograniczona własną ciasnotą. Te niby‑produkty mają być inne, niż są w rzeczywistości, ale ich twórcy tak naiwnie imitują funkcjonalność i wygląd, że sami ośmieszają swoje dzieła.

Cechuje je brak innowacyjności, albo raczej nowatorstwo w poszukiwaniu i wymyślaniu absurdalnych skojarzeń kilku rzeczy. Są to wariacje na znane i wielokrotnie przerabiane tematy albo multiurządzenia łączące w sobie wiele zbędnych funkcji. Mimo swej nieporadności pozują na lepiej wykonane, droższe i bardziej wartościowe, niż są w rzeczywistości. Obnażają tym samym pewne schematy, które dotyczą prawdziwego projektowania, próbują się pod nie podszywać przez zastosowanie srebrnego koloru plastikowej obudowy, poprzez grafikę na produkcie podkreślającą jego cechy; często to słowa‑klucze: electronic, dynamic, user friendly. Typowym zabiegiem jest stosowanie niepotrzebnych wyświetlaczy i przycisków. Te przedmioty opowiadają o społeczeństwie, są parodią gestów i przyzwyczajeń, łącznie z nieustannym spoglądaniem na wyświetlacze i naciskaniem guzików. Podsuwają kolejne, tak lubiane guziczki w zdegenerowanej formie.

Wszystkie te imitacyjne operacje na rzeczach są podobne do gestów małpy przed lustrem, która stroi miny, zakłada okulary, zaczesuje włosy, ale od człowieka dzieli ją i tak klika etapów ewolucji. Te surrealistyczne cuda, które dizajner przy odrobinie dobrej woli może potraktować dobrotliwym, acz złośliwym uśmiechem, całkiem serio kształtują ikonosferę większości mieszkań „zwykłych” ludzi. To kształtowanie czasami odbywa się dobrowolnie – „takie ładne i tanie, że aż żal nie kupić”. Cichy miłośnik kiczu czuje się usprawiedliwiony, gdy kupuje koszmarną rzecz, jeżeli jej cena jest niska. Często asortyment „domu wariatów” trafia jednak do posiadaczy mieszkań jako podarunek, drobiazg przyniesiony przez życzliwą osobę, stając się zmorą obdarowanego lub „kurzołapem” stojącym na telewizorze (produkcja telewizorów zmierza w złą stronę – LCD są zupełnie niepraktyczne w tym względzie).

Nie chcę w tym felietonie rozprawiać nad gustem rodaków. Myślę tylko, że niektórzy z nich mogą traktować te nadmiarowe rzeczy jako błogosławieństwo, remedium na złagodzenie krzywd po epoce, w której rzeczy było „jak na lekarstwo”. Być może dobrowolne nabywanie przedmiotów krótkotrwałych to odwet za wielogodzinne wystawanie w kolejkach, by „złapać” jakąś rzecz „rzuconą” do PRL‑owskiego sklepu.

Ulegając surrealnemu urokowi miejsc, w których są zgromadzone w nadmiarze przedmioty krótkotrwałe i ponadmiarowe, mam poczucie winy. Te fascynujące miejsca wzbudzają moralny niepokój i myśl, że to dość perwersyjna zabawa…

 Alvin Toffler w swej bestselerowej książce Szok przyszłości zwraca uwagę na dynamiczny rozwój cywilizacji i konsekwencje, które ten pęd ku przyszłości może wywołać. Toffler sądzi, że dla społeczeństw nieprzygotowanych na wielkie przyspieszenie może się to skończyć sporymi zaburzeniami relacji międzyludzkich. Jednym z zagadnień, jakie porusza, jest przejściowość. Czas, w którym żyjemy, określa jako „wiek szybkiego przemijania”. W rozdziale Społeczeństwo wyrzucające rzeczy pisze: „Antymaterialiści są skłonni wyśmiewać się ze znaczenia »rzeczy«. Jednakże rzeczy mają olbrzymie znaczenie, i to nie tyle ze względu na ich funkcjonalną użyteczność, ile ze względu na ich działanie psychologiczne. Utrzymujemy kontakty z rzeczami. Rzeczy wpływają na nasze poczucie ciągłości lub braku ciągłości. Odgrywają rolę w strukturze sytuacji, skrócenie naszych kontaktów z rzeczami w efekcie przyspiesza tempo życia. Co więcej, nasz stosunek do rzeczy odzwierciedla głębsze wartości ludzkie. Trudno o bardziej dramatyczną różnicę niż ta, która dzieli nowe pokolenie dziewczynek, chętnie wymieniających swoje Barbie na ulepszony model, od ich matek lub babek, które były na stałe przywiązane i kochały jedną i tę samą lalkę, dopóki ta nie rozleciała się po prostu ze starości. Na tej różnicy zasadza się kontrast między przeszłością a przyszłością; między społeczeństwami opartymi na trwałości a nowym szybko powstającym społeczeństwem opierającym się na krótkotrwałości”. Toffler był wizjonerem, pisał te słowa około 40 lat temu, a wiele z jego przewidywań stało się faktem. Zainteresowanych jego przemyśleniami odsyłam do książki. Wracając jednak do „domów wariatów dla rzeczy”, czyż nie są one ilustracją Tofflerowskiej myśli?…

Rzeczy tam zgromadzone są przykładem dewaluacji kultury przedmiotu, prostytuowaniem wyrobów, które wpływa na ich postrzeganie – jako nieważnych, używanych tylko przez chwilę, bo przecież tanich. A jaka jest granica taniości? Czy powinny kosztować zbyt mało i nie nadawać się do użytku, ale być dostępne powszechnie jako półśmieci?

Kupując przedmioty za 2,5 zł, które za chwilę wyrzucimy, pomyślmy o tym, że 1,2 mld ludzi na świecie za kwotę jednego dolara (czyli ok. 2,5 zł) musi przeżyć cały dzień. Znaczna część tych osób z konieczności jest zaangażowana w wytwarzanie takich przedmiotów. Kółko się zamyka, a wariactwo napełniania świata krótkotrwałymi przedmiotami nabiera innej, globalnej skali. Oby ta krótkotrwałość relacji między rzeczami a człowiekiem nie przeniosła się na długość relacji międzyludzkich.

Na razie zjawisko sklepów „wszystko za 2 zł”, ma się dobrze, choć z pewnością będzie ewoluowało i któryś ze światowych kryzysów wpłynie w końcu na jego zanik lub zmianę np. na „wszystko za 5 gr”… Cieszmy się więc nim z umiarem, bo przecież w każdym z nas tkwi coś z wariata, coś, co ma ochotę złamać zasady, w tym przypadku – reguły dobrego smaku.

Szukaj nas na Facebooku

Szukaj