O autorze

Lex Drewinski

Wybitny projektant, plakacista pochodzenia polskiego, mieszkający i pracujący w Berlinie. Jest profesorem w Fachhochshule w Poczdamie.

Artykuł

Artykuł ukazał się w numerze 39 (II/2011) kwartalnika 2+3D

Ilustracje

2 po 3

Zebra pod ochroną

Lex Drewinski, 6 marca 2014

Artykuł archiwalny

Od teraz musisz szczególnie uważać, przechodząc przez ulicę przejściem dla pieszych, bo może się zdarzyć, że stąpając buciorami po namalowanych na asfalcie białych pasach, uszkodzisz znajdującą się pod ochroną „zebrę” uliczną. Zwłaszcza gdy zebra, po której będziesz stąpać, znajdować się będzie przy Abbey Road w Londynie.

Abbey Road, zdjęcie nr 5. Najczęściej pastiszowana okładka wszech czasów; fot. Ian McMillan, 1969

Abbey Road, zdjęcie nr 5. Najczęściej pastiszowana okładka wszech czasów; fot. Ian McMillan, 1969

Abbey Road, zdjęcie nr 5. Najczęściej pastiszowana okładka wszech czasów; fot. Ian McMillan, 1969

Rząd brytyjski ogłosił niedawno decyzję o włączeniu londyńskiej zebry ulicznej nieopodal studia nagraniowego koncernu EMI Abbey Road Studios na Listę Narodowego Dziedzictwa Kultury. Z tej okazji John Penrose, minister Turystyki i Dziedzictwa Narodowego, wygłosił krótką laudację: „Ta londyńska zebra nie jest zamkiem ani katedrą, ale dzięki The Beatles i dziesięciominutowej sesji fotograficznej pewnego sierpniowego ranka w 1969 roku ma ona nie mniejsze prawo do tego, by być postrzegana jako część naszego dziedzictwa”.

Te jedyne w swoim rodzaju bitelsowskie „relikwie” to przykład bez precedensu, ponieważ wywodzi się bezpośrednio z projektu okładki płytowej jedenastego, przedostatniego – a w kolejności nagrywania ostatniego – albumu The Beatles zatytułowanego Abbey Road. Ulica, od której wziął nazwę, znajduje się w północno­‑zachodniej ­części Londynu: St. John… – nie, jeszcze nie ­Lennon – tylko Wood. Legendarne zdjęcie przedstawia słynną czwórkę, która bez pomocy służby (drogowej) pospiesznie pokonuje przejście dla pieszych, zmierzając do najsłynniejszego w świecie studia nagraniowego. Wsławionego oczywiście tym, że The Beatles nagrali w nim 90 procent swojego płytowego materiału, oraz przez fakt, że znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie najsłynniejszej na świecie zebry ulicznej. ­Zdjęcie zostało wykonane przez szkockiego fotografa Iana McMillana w upalny poranek 8 sierpnia 1969 roku. Album bardzo szybko osiągnął status płyty kultowej, a jego okładka doczekała się bodaj największej liczby pastiszy w historii dizajnu. Scena z fotografii już od przeszło 40 lat nieustannie prowokuje do nowych interpretacji. Na czterech z sześciu zdjęć wykonanych podczas sesji przez McMillana Paul McCartney występuje boso, co stało się podstawą famy, że nie żyje. Domniemywano, że Paul miał zginąć w wieku 27 lat, a na zdjęciu został zastąpiony przez sobowtóra, który zdemaskował się trzymanym w prawej ręce papierosem. Jak wiadomo, Paul jest mańkutem. Cyfry na tablicach rejestracyjnych LMW 28IF zaparkowanego nieopodal VW Beetle miały określać wiek słynnego basisty, który jeżeli (IF) żyłby, miałby wówczas 28 lat. Natomiast skrót LMW tłumaczono m.in. jako „Linda McCartney Weeps” albo „Linda McCartney Widowed”. Po sesji „zmartwychwstały” Paul, studiując powstałą serię slajdów, wybrał obraz nr 5, skazując go tym samym na nieśmiertelność.

Mniej znaną ciekawostką związaną z okładką Abbey Road jest postać człowieka widniejącego po jej prawej stronie, tuż obok czarnego samochodu policyjnego. Sylwetka ta była dotychczas przeoczana, ponieważ oglądający skupiali się na lewej stronie okładki. Tą niezauważaną dotąd postacią jest przypadkowy przechodzień, turysta przebywający na wakacjach w Londynie, niejaki Paul Cole. Na jednym z najbardziej znanych zdjęć XX wieku wystąpił on w roli zwykłego gapia czekającego na żonę zaliczającą kolejne muzeum. Przyglądał się fotografowanej z drabiny ­scenie z udziałem czterech dziwnych facetów, z których jeden był bez obuwia. Cole rozpoznał swoją postać na okładce płyty dopiero po roku od jej ­wydania. „Chrabąszcz” z rejestracją LMW 28IF trafił do firmowego VW‑Museum w Wolfsburgu. Garnitur noszony przez Johna został anonimowo wylicytowany na początku tego roku w amerykańskim stanie Connecticut za sumę 46 tys. dolarów. Projektantem tego uchodzącego za najsłynniejszy w historii muzyki białego garnituru był Francuz Ted Lapidus (m.in. autor ubrań dla Brigitte Bardot, Geraldine Chaplin i Alaina Delona).

Ustanowienie londyńskiej zebry dobrem Narodowego Dziedzictwa Kultury rzuca nowe światło na historię związaną z symboliką okładki albumu. Jesteśmy coraz bliżej rozwiązania zagadki, dlaczego Paul, pozując do sesji zdjęciowej Abbey Road, wystąpił boso, choć jak wiadomo „bosy” nie był. Być może postanowił dać w ten sposób do zrozu­mienia, że mamy do czynienia ze szczególnym rodzajem zebry – żeby nie powiedzieć świętej, jak zapewne skwitowałby to śp. John, który nie na darmo głosił (1966), że bitelsi są słynniejsi od Jezusa – i dlatego zebrze należy się szczególny szacunek. Wstępując na nią, wypada zdjąć obuwie.

Projektantem okładki kultowego albumu jest dyrektor artystyczny Apple Records, londyńczyk John Kosh. Front okładki to wyłącznie omawiane zdjęcie – nie ma na nim nawet tytułu płyty ani nazwy zespołu (triku tego po raz pierwszy użyli The Rolling Stones na swoim debiutanckim albumie z 1964 roku). Uważano bowiem, że najsłynniejszy zespół świata może sobie pozwolić na rezygnację z jakiegokolwiek komentarza słownego. Wszystkie informacje oraz lista tytułów utworów znajdują się na niewyróżniającej się niczym specjalnym drugiej stronie okładki.

Abbey Road 2011, Abbey Road Studios

Abbey Road 2011, Abbey Road Studios

Abbey Road 2011, Abbey Road Studios

Jeszcze przed umieszczeniem zebry na Liście Narodowego Dziedzictwa Kultury znalazła się ona pod ścisłą obserwacją. Bossowie EMI Abbey Road Studios w Londynie wyszli w ten sposób naprzeciw wszystkim fanom bitelsów, a w szczególności chorym, cierpiącym, przykutym do łóżek, którym nie będzie dany bezpośredni udziału w pielgrzymce do zebry. Dzięki całodobowemu monitoringowi dostępnemu na stronie internetowej studia (www.abbeyroad.com/visit), wierni wyznawcy zespołu mogą się bezpośrednio połączyć ze świętym miejscem w Londynie. Formę tę polecam nie tylko fanatykom zespołu lub innym obłożnie chorym, ale także wszystkim tym, którzy bezustannie poszukują w sieci czegoś, co przyprawi ich o dobry humor. Emisja obrazu z tego miejsca gwarantuje ciągle zmieniający się atrakcyjny program live, podczas którego możemy się nieźle pośmiać, obserwując, jak przechodnie różnej maści i wieku nagle, niby to przypadkowo, zastygają w bezruchu na środku jezdni lub formują się w słynne „czwórki”, czekając na upragniony pstryk aparatu. Wszystko odbywa się mimo ruchu ulicznego, w obliczu groźby potrącenia przez samochód. Miejscowi kierowcy znoszą to jednak z godną podziwu typowo angielską dżentelmenerią. Why Don’t We Do It in the Road… 

Samą sesję zdjęciową, jak i tytuł kultowego albumu zawdzięczamy przypadkowi. W czasie burzy mózgów na temat tytułu i projektu okładki planowano coś bardziej wyjątkowego, co byłoby godne ostatniej płyty The Beatles. Album miał się nazywać Everest, od nazwy papierosów palonych przez inżyniera dźwięku Geoffa Emerika. Dysponujący wszelkimi środkami najsłynniejszy zespół świata planował trip w Himalaje, żeby sfotografować się na tle Mount Everestu. „Trip” zapewne się udał… tyle że nie w Himalaje. Jak widać, plany „wzięły w łeb”, a chłopcom starczyło jedynie czasu, żeby wyjść przed studio i popozować do kilku zdjęć, z których jedno przeszło do historii dizajnu.

Szukaj nas na Facebooku

Szukaj