Artykuł

Artykuł ukazał się w numerze 57 (IV/2015) kwartalnika 2+3D

Ilustracje

2 po 3

Żelek… Zelek… Żulik…

18 lipca 2016

Czasem wystarczy jedno spojrzenie, by się bez pamięci zatracić i całkowicie poddać urokowi napotkanej przez nas figurki. Nie ma na to lekarstwa. Dlatego zamiast się przed tym bronić, najlepiej od razu ulec i napawać oczy pięknem wabiących kształtów. Są one jakby stworzone do nieustannego gładzenia. Wspomniana figurka to w istocie niewielkich rozmiarów wytwór rękodzieła artystycznego, który w odróżnieniu od wielu innych z pewnością można nazwać kultowym. Kształtna forma figurki jest tak dalece pociągająca, że pomimo daty jej powstania (neolit, epoka kamienia gładzonego) i materiału, z którego została wykonana (bursztyn), chciałoby się ją natychmiast połknąć niczym słodkiego żelatynowego niedźwiadka firmy Haribo. Można byłoby go jeść nawet garściami, gdyby nie fakt, że jest tylko jeden jedyny na całym świecie i znajduje się w mocno strzeżonym gmachu Muzeum Narodowego w Szczecinie.
Jak wiadomo, „niedźwiadkom” ulegali wszyscy. Nie tylko dzieci. Od prezydentów USA Teodora („Teddy”) i Franklina D. Rooseveltów, poprzez kanclerza 1000-letniej Rzeszy Adolfa Hitlera, aż po prezydenta PRL-u gen. Wojciecha Jaruzelskiego. Nie inaczej było ze znalezionym w 1887 roku podczas wydobywania torfu w okolicach Słupska (niem. Stolp), należącego wówczas do państwa niemieckiego, bursztynowym niedźwiadkiem. Na punkcie misia zwariowali wszyscy tamtejsi Niemcy, pomimo że nie był on koloru brunatnego. O niedźwiadku, zwanym również Niedźwiadkiem Szczęścia, pisano bajki i układano wiersze, kopia jego figury stała się ozdobą ratusza miejskiego, a miniaturki były masowo kupowane przez turystów jako pamiątki. Na ponowne zauroczenie malutkim niedźwiadkiem musiano czekać w Niemczech grubo ponad 100 lat, kiedy w berlińskim ogrodzie zoologicznym w 2006 roku przyszedł na świat polarny niedźwiadek imieniem Knut, któremu po śmierci wystawiono pomnik. Ale powróćmy do neolitu.
Czy kogokolwiek, kto chociaż raz spojrzał na oryginalną figurkę lub podobiznę bursztynowego niedźwiadka, może zdziwić fakt, że ten malutki (10,2 cm długości, 3,5 cm szerokości i 4,2 cm wysokości) przedmiot już drugi raz, a nie znamy przecież jego neolitowej prehistorii, zawładnął sercami całego narodu? Tym razem słowiańskiego. Przyczyniła się do tego realizacja umowy zawartej pomiędzy Rzeczpospolitą Polską a Republiką Federalną Niemiec dotyczącej wymiany przedmiotów archeologicznych, które do końca II wojny światowej znajdowały się na obszarze przedwojennych terenów niemieckich należących obecnie do Polski. Dzięki temu bursztynowy niedźwiadek powrócił w 2009 roku z niemieckiego Muzeum w Stralsundzie na zarezerwowane specjalnie dla niego już od 1912 roku leże w szczecińskim Muzeum Narodowym.
Pomimo że tak niewiele o nim wiemy, właściwie prawie nic, to od pierwszego kontaktu z eksponatem czujemy się z nim emocjonalnie związani. Jest to niewątpliwie zasługa jego twórcy oraz wyboru motywu, w tym wypadku – małego zwierzątka. Obydwa czynniki doskonale się uzupełniły, współtworząc idealny ponadczasowy obiekt rękodzieła artystycznego, którego pozytywne oddziaływanie na odbiorcę nie zna barier czasowych, stylistycznych ani narodowych. Analizując formę figurki powstałej ok. 3500 lat temu, w epoce kamienia, dostrzegamy doskonałą harmonię pomiędzy realistyczną częścią przedniej partii głowy obiektu a syntetyczną, nowoczesną i niemalże abstrakcyjną partią tułowia oraz kończyn, przywodzącą na myśl rzeźby Henry’ego Moore’a. Atmosfera niepokoju towarzysząca niedźwiadkowi bierze się natomiast z faktu, że opisywana figurka była najprawdopodobniej amuletem łowcy niedźwiedzi, który niewątpliwie miał na swoim koncie śmierć niejednego z nich. Widoczny w brzuchu figurki otwór służył zapewne do przewlekania rzemienia, na którym zawieszony był amulet. Co ciekawe, dziurka powstała w sposób naturalny i jest określana jako tzw. nadziak. Na długo przed tym, jak z kawałka bursztynu został wykonany niedźwiadek, w materiale utkwiła gałązka, po której zgniciu powstał wspomniany otworek. Nie tylko talent plastyczny twórcy żyjącego w czasach neolitu, lecz także racjonalność jego myślenia dowodzą, że w dizajnie prostota i funkcjonalność są najważniejsze. Spoglądając na przebicie w korpusie bursztynowego misia, możemy oczyma wyobraźni dostrzec zadaną zwierzęciu oszczepem śmiertelną ranę. Jeżeli przyjrzymy się uważnie wyrazowi buzi niedźwiadka, a w szczególności układowi ust, to dostrzeżemy emanujący z pyszczka smutek. Może… po utracie matki?
Pomimo że „myśmy tu nie przyszli – myśmy tu wrócili”, to jakoś zostawiliśmy naszego biednego niedźwiadka samego wśród obcych i na dodatek bez polskiego imienia. Nadarzyła się więc okazja naprawy popełnionego w przeszłości błędu. W 2013 roku Muzeum Narodowe w Szczecinie ogłosiło konkurs na polskie imię bursztynowego niedźwiadka. Do udziału w konkursie zostały zaproszone dzieci w wieku do lat sześciu, które w przekonaniu organizatorów mogłyby najtrafniej je dobrać. W rezultacie Żelek został przechrzczony na Słupcia. Jak się wydaje, nie bez sugestii dorosłych. W ten sposób doszedł nam kolejny święty – Żelek Słupnik. Nie zmieniło to jednak faktu, że dla wielu fanów uroczy niedźwiadek pozostaje nadal Żelkiem, tak jak spontanicznie został nazwany również przez pracowników muzeum w momencie pojawienia się na polskiej ziemi.
Dowodów na słowiańskie pochodzenia Żelka można byłoby niemieckim rewizjonistom dostarczyć wiele, jak chociażby ten z krojem liter naszego rodaka Bronisława Zelka. Podobieństwu „Zelek” do „Żelek” nie da się zaprzeczyć. I na nic zdadzą się tutaj demagogiczne twierdzenia dochodzące znad Renu, że nazwa Haribo pochodzi od imienia i nazwiska założyciela marki, a także miejsca produkcji misiów: HARIBO = HANS RIEGEL BONN. Również krągłe zakończenia elementów liter pisma Zelek Black jak ulał pasują do obłych kształtów naszego niedźwiadka. Ale nie tylko. Także łudząco podobny do pisma Zelek krój Glow-Worm Bogdana Żochowskiego tak naprawdę nie jest żadną „lśniącą glizdą”, tylko sympatycznym misiem Żelkiem! Wyposażenie kroju w typowe dla lat 70. refleksy świetlne pojawiające się na obrzeżach „kończyn” liter z pewnością nawiązują do połyskującego czerwono-złocistego bursztynu lub, jak kto woli, żelatynowej świetlistej masy, z której wytwarzany jest Żelek. Ba, nawet logo niemieckiej firmy Haribo, produkującej od 1922 roku „gumowe misie” (niem. Gummibärchen), widniejące dumnie nad wejściami do rozsianych po całym świecie sklepów, na samochodach dostawczych, samolotach, no i oczywiście na przeźroczystych celofanowych torebkach kryjących żelatynowy skarb, wygląda, jakby było zaprojektowane lub co najmniej inspirowane krojem polskiego grafika.
Obecnie bursztynowy Żelek jest w trasie, stając się maskotką wystawy objazdowej pt. Zaginione – ocalone, prezentującej szczecińską kolekcję starożytności pomorskich, zorganizowanej przez Muzeum Narodowe w Szczecinie.
A na Wschodzie bez zmian. Nie tylko na żywe, ale także na żelatynowe misie nastały ciężkie czasy. W ramach wprowadzonego przez Kreml embarga obejmującego zachodnie artykuły spożywcze także poczciwe słodkie żelki trafiły pod miażdżący walec, i to na oczach Bogu ducha winnych dzieci. Na całe szczęście żelki nie należą do ulubionych przysmaków Władimira Władimirowicza. Jeżeli miałoby jednak dojść do złagodzenia sankcji, a zamiast białego serka właśnie żelki stałyby się ulubionym przysmakiem prezydenta, to musiałyby się nazywać… Żuliki.

Lex Drewinski

Szukaj nas na Facebooku

Szukaj