Artykuł

Artykuł ukazał się w numerze 33 (IV/2009) kwartalnika 2+3D

Teoria dizajnu

Złudzenie balistyczne

12 września 2013

Artykuł archiwalny

Trafiłem kiedyś przez przypadek na listę dziesięciu najbardziej proroczych filmów science fiction. Zdaniem autorów prezentuje się ona tak: 10 – 2001. Odyseja kosmiczna za ideę kosmicznej turystyki, 9 – Krótkie spięcie za pomysł na autonomiczne roboty wojskowe, 8 – Zielona pożywka za prognozę zmian klimatu, 7 – Łowca androidów za wizję rozwoju miast, 6 – Uciekinier za ideę reality show, 5 – Kierunek Księżyc za pierwszą szczegółową wizję podróży na Księżyc, 4 – Truman show za reality TV, 3 – Mad Max 2 za przewidzenie wojny o zasoby, 2 – Raport mniejszości za technologię wyświetlaczy i wreszcie 1 – Gattaca za profilowanie genetyczne1. Przynajmniej niektóre spośród tych propozycji wydają mi się dziwne i moja prywatna lista wyglądałaby inaczej. Nie wiem, czy znalazłbym aż dziesięć autentycznie proroczych filmów science ­fiction, ale na pewno umieściłbym na niej: Alphaville za ideę – która przyświeca programistom Microsoftu – że komputer wie, czego chcę, lepiej i wcześ­niej niż ja sam; Mechaniczną pomarańczę za wizję świata, w którym cnota opiera się na niemożliwości czynienia zła, do czego dążą protagoniści polskiej polityki antynarkotykowej; Raport mniejszości za przekonanie – stojące u podstaw doktryny preemptive war George’a W. Busha – że za przestępstwa należy karać, zanim zostaną popełnione, oraz ­Brazil za doskonałą metaforę reguł udostępniania zbiorów w Bibliotece Jagiellońskiej.

Oczywiście, znakomita większość filmów science ­fiction prezentuje wizję przyszłości, o której wiadomo, że nigdy się nie spełni. Warto jednak pamiętać, że naukowcy, analitycy, biznesmeni, menedżerowie i inni specjaliści, po których moglibyśmy spodziewać się trafnych predykcji, wcale nie wypadają tu wiele lepiej. Historia pełna jest idiotycznych przepowiedni i konstatacji na temat przyszłości. Tak na przykład Sekstus Juliusz Frontinus stwierdził w roku 10, że wyczerpała się już lista możliwych wynalazków. Alexander Bell przewidział, że pewnego dnia w każdym amerykańskim mieście będzie jeden telefon, a John von Neumann, którego wynalazkom zawdzięczamy istnienie komputerów, w 1949 roku stwierdził, że osiągnęliśmy limit rozwoju technologii informatycznej. W 1952 oficjalny raport IBM przewidywał, że maksymalny rozmiar rynku na komputery nie przekroczy nigdy 52 sztuk, a Bill Gates w 1984 roku orzekł, że 640 Kb pamięci operacyjnej na długo każdemu wystarczy. Anegdota głosi, że gdy Steve Jobs i Steve Wozniak skonstruowali swój pierwszy komputer osobisty, chcieli sprzedać go któremuś z wielkich koncernów elektronicznych. Szef jednego z nich (jak podają różne źródła był to Hewlett‑Packard lub IBM) po wysłuchaniu opisu nowego wynalazku zadał – absolutnie szczerze i bez cienia sarkazmu – pytanie: „Po co ktokolwiek, dziś lub w przyszłości, miałby trzymać na biurku komputer?”.

Nie powinno więc dziwić, że wielu filozofów i teoretyków nauki odnosi się sceptycznie do możliwości przewidywania przyszłości. Jeden z ciekawych argumentów w tej sprawie został wysunięty przez Karla Poppera. Wychodząc od prostej i trudnej do odrzucenia konstatacji, że bieg przyszłych wydarzeń będzie zależał od tego, co będziemy w przyszłości wiedzieć (w sensie wiedzy naukowej), stwierdził, że przyszłości nie da się przewidzieć, ponieważ nie sposób odpowiedzieć na pytanie, co będziemy kiedyś wiedzieć. Aby to zrobić, trzeba by to wiedzieć już dzisiaj, co jest oczywistą sprzecznością logiczną.

Do przewidywania przyszłości możemy jednak podejść zupełnie inaczej i uznać, że nie polega ono na budowaniu deskrypcji, ale konstruowaniu performatywów. Pewne rzeczy wydarzą się w przyszłości, ponieważ wystarczająco dużo ludzi wierzy i mówi, że się wydarzą. Mówiąc kolokwialnie, mamy tu do czynienia z samospełniającą się przepowiednią. Badaniem jej mechanizmów zajmował się m.in. amerykański socjolog Robert K. Merton2. Ich działanie najłatwiej prześledzić na przykładzie rynków finansowych, najbliższych modelowi wolnego rynku. Za większość zmian cen akcji nie odpowiadają tzw. czynniki fundamentalne, czyli twarde dane ekonomiczne, ale przekonanie graczy co do tego, czy cena danego waloru – akcji, waluty, surowców, instrumentów pochodnych itp. – będzie spadać, czy rosnąć. Jeśli wystarczająco dużo osób uważa, że coś będzie drożeć, to coś podrożeje tylko i wyłącznie ze względu na samo przekonanie tej grupy osób. Jako pierwszy spostrzegł ten mechanizm John Maynard Keynes, który grając na giełdzie, zauważył, że większość inwestorów podejmuje decyzje nie na podstawie danych ekonomicznych, ale obserwując zachowania innych inwestorów.

Przyszłość można też przewidywać na podstawie modelu jakiegoś zjawiska czy procesu. Tkwi w tym jednak pewna pułapka, okazuje się bowiem, że pozornie mało skomplikowane procesy naturalne bardzo opornie poddają się sztucznemu modelowaniu. Świat jest zbyt złożony, nasze aparaty pomiarowe zbyt siermiężne, a moce obliczeniowe naszych komputerów zbyt ograniczone, aby dało się z powodzeniem symulować rzeczywistość. Spektakularnym tego przykładem jest pogoda. Próby jej modelowania uzmysławiają nam, przed jak trudnym zadaniem stoimy. ­Teorie opisujące dynamikę systemów nieliniowych – czyli, w potocznej nomenklaturze, teorie chaosu – dobrze opisują istotę problemu: niezwykle małe odchylenia w warunkach początkowych prowadzą do skrajnie różnych efektów końcowych3. Ale sztuczne wymodelowanie nawet środowiska znacznie prostszego niż klimat jest bardzo trudne. Douglas Hofstadter w książce Gödel, Escher, Bach opisuje, jak bardzo skomplikowane było nauczenie sztucznego systemu SHRDLU sprawnego operowania w środowisku złożonym z trzech rodzajów wielościanów o trzech różnych kolorach4.

Przykładów spektakularnych porażek modelowania dostarcza nam znów ekonomia. W latach dziewięćdziesiątych XX wieku ekonomiści Myron Scholes i Robert C. Merton, wspólnie z finansistą Johnem Meriwetherem, założyli firmę hedging­ową Long Term Capital Management. Jej strategia inwestycyjna opierała się na formule matematycznej, za którą Scholes i Merton otrzymali w 1998 roku Nagrodę Nobla z ekonomii. Dzięki modelowaniu zachowań rynku pozwalała ona zredukować ryzyko związane ze zmiennym kursem akcji, jak wierzyli jej odkrywcy, do zera. Co ciekawe, model ten opierał się na równaniach wykorzystywanych wcześniej do opisu torów pocisków balistycznych. Scholes i Merton uznali, że prognozowanie przyszłości jest działaniem analogicznym do przewidywania miejsca upadku wystrzelonego pocisku, z tą różnicą, że zmiany na giełdzie opisywali nie w wymiarach czasoprzestrzennych, ale „czasocenowych”. Po początkowych sukcesach, dzięki którym twórcy LTCM nabrali przekonania, że są w posiadaniu „formuły Midasa”, zamieniającej każdą inwestycję w górę złota, w 2000 roku firma spektakularnie zbankrutowała. Bezpośrednim powodem były zawirowania spowodowane kryzysem azjatyckim, pośrednio jednak na upadek firmy wpłynęło wydarzenie skrajnie irracjonalne, którego model w ogóle nie brał pod uwagę: w 1998 roku Borys Jelcyn niespodziewanie ogłosił, że Rosja wstrzymuję spłatę swojego długu. Plajta LTCM okazała się tak wielka, że Bank Rezerw Federalnych USA zmuszony był interweniować, aby powstrzymać całkowitą zapaść amerykańskiego systemu finansowego. Nigdy nie podano do publicznej wiadomości, o jak wielką sumę chodziło, szacuje się jednak, że Long Term Capital Management miał w momencie upadku zobowiązania sięgające nawet biliona dolarów5.

Nie ważne jednak, ile argumentów wytoczylibyśmy przeciw możliwości przewidywania przyszłości, człowiek zawsze będzie to robił, ponieważ istota ludzka działa i istnieje w świecie w oparciu o nieustającą projekcję samej siebie – swoich marzeń, zamiarów, lęków i przekonań – w przyszłość. Dlatego filozofowie tak chętnie poszukują wyższych praw rozwoju historycznego, które pozwoliłyby im ująć przeszłość, teraźniejszość i przyszłość w jeden schemat poznawczy. Najbardziej zasłynął z tego Hegel, którego zdaniem rozwój historyczny przebiega w trzech fazach: w świecie artykułuje się pewna teza – stan rzeczy, sytuacja – wobec której natychmiast pojawia się negacja, jej antyteza. W trzeciej fazie obie one zostają zniesione (Aufhebung) na rzecz ich syntezy, to znaczy takiego rozwiązania, które zawierałoby w sobie istotę wcześniejszej tezy i jej negacji. W XX wieku Alexander Kojève, opierając się na myśli Hegla, ogłosił, że zbliżamy się do końca historii, czyli takiej sytuacji, w której nie będzie już możliwe sformułowanie antytezy w stosunku do istniejącego porządku społeczno‑politycznego. Na początku lat dziewięćdziesiątych myśl tę podjął Francis Fukuyama, ogłaszając, że upadek Związku Sowieckiego jest ostatecznym dowodem na to, że nie ma i nie może być nic lepszego od połączenia liberalnej gospodarki kapitalistycznej i przedstawicielskiej demokracji parlamentarnej. Zdaniem Fukuyamy historia się skończyła i będziemy mieli już tylko do czynienia z ostateczną uniwersalizacją tego modelu życia społeczno‑polityczno­‑gospodarczego. Teza ta przyniosła Fukuyamie rozgłos i uznanie, jednak już kolejna dekada udowodniła jej całkowitą fałszywość: zamachy z 11 września 2001 roku i krach finansowy końca roku 2008 pokazały, że bynajmniej nie wszyscy akceptują zasady demokracji liberalnej, a kapitalizm musi mierzyć się z coraz poważniejszymi problemami, które sam wywołał, przez co jego przyszłość wcale nie jest taka pewna.

Nieco słabszą wersją podobnego podejścia jest inna metoda przewidywania przyszłości, a mianowicie poszukiwanie dominujących tendencji rozwojowych. Jej niedoścignionym mistrzem był Karol Marks. W czasach, gdy pisał swój Kapitał, dominującą formą produkcji – w sensie wielkości udziału w gospodarce – było wciąż rolnictwo. Marks zauważył jednak, że produkcja przemysłowa stanowiła dominującą tendencję rozwoju, to znaczy tak przekształcała rzeczywistość społeczną i gospodarczą, że z czasem musiała zdetronizować inne formy działalności wytwórczej i objąć swoim zasięgiem również ówczesnego hegemona, czyli produkcję rolną. Tak się też stało, bo we współczesnym świecie rolnictwo jest już jedną z gałęzi przemysłu, a dzisiejsze farmy czy plantacje bardziej przypominają fabryki niż dawne gospodarstwa rolne.

Współcześni marksiści kontynuują ten rodzaj analizy stosunków gospodarczych. Najciekawszym tego przykładem jest twórczość włosko‑amerykańskiego tandemu Antonio Negri i Michael Hardt. Uważają oni, że dominującą obecnie formą wytwarzania stała się produkcja niematerialna. Jej podstawą jest – mówiąc ogólnie – operowanie znakami, obrazami i pojęciami, a nie przedmiotami materialnymi. Do kategorii tej zalicza się więc produkcja kulturalna (książki, muzyka, sztuki wizualne, telewizja i przemysł rozrywkowy), różnego rodzaju usługi (konsultacje, porady, edukacja) oraz kluczowa dziedzina dla rozwoju kapitalizmu, a mianowicie przemysł informatyczny. Co ważne, w domenie produkcji niematerialnej obserwujemy wyłanianie się nowych rodzajów podmiotowości – zarówno indywidualnych, jak i zbiorowych, które Hardt i Negri nazywają multitudes – oraz zupełnie nowych form relacji własności (free software, open source, creative commons itd.6). Proces ten jest największym zagrożeniem dla hegemonii liberalnego kapitalizmu i doprowadzi do jego klęski, tak jak wcześniej dynamika rozwoju kapitalizmu doprowadziła do destrukcji społeczeństwa feudalnego7.

Warto wspomnieć jeszcze o dwóch innych podejściach do przewidywania przyszłości. Jedno z nich polega na użyciu ekstrapolacji i ma charakter czysto negatywny: ekstrapolując pewien trend rozwojowy, czyli przedłużając go w przyszłość przy założeniu, że będzie dalej przebiegał tak jak dotychczas, pokazujemy, że kontynuacja obecnych procesów rozwojowych jest niemożliwa. Na tej zasadzie w XIX wieku przewidywano, że w transporcie miejskim pojawi się jakaś alternatywa dla powozów konnych, ponieważ w innym wypadku przyrost liczby koni koniecznych do obsłużenia dorożek w ciągu 100 lat doprowadziłby do tego, że ulice dużych miast byłyby wypełnione końskimi odchodami aż do drugiej kondygnacji. Na podobnej zasadzie dokonano ostatnio ekstrapolacji, z której wynika, że jeśli nie nastąpią jakieś radykalne zmiany, za 20 lat średnia prędkość samochodu poruszającego się po Krakowie wyniesie ok. 4 km/h.

Inne „miękkie” narzędzie przewidywania przyszłości polega na tworzeniu i analizowaniu możliwych scenariuszy przyszłego rozwoju obecnej sytuacji. Na polu nauk społecznych podejście to stosuje amerykański socjolog, autor teorii systemów‑światów, Immanuel Wallerstein. Jego zdaniem rozwój społeczny następuje w dwóch fazach: mamy okresy stabilne, kiedy relacje i struktury społeczne znajdują się w stanie równowagi; wprowadzenie radykalnych zmian jest wtedy niezwykle trudne lub nawet niemożliwe. Po nich następują jednak okresy niestabilności, kiedy system wchodzi w stan chwiejności i niedookreślenia. Wtedy pojawiają się tzw. bifurkacje, czyli „rozdwojenia”. Termin ten Wallerstein zaczerpnął z teorii chaosu. Opisuje się nim moment, w którym pojawiają się przynajmniej dwie różne drogi dalszej ewolucji systemu. Mogą nie być równie prawdopodobne, obie są jednak możliwe. Gdy zmiana pójdzie w określonym kierunku, wytwarza się nowy stan stabilny. Zdaniem Wallersteina obecny system społeczno‑ekonomiczno‑polityczny, który charakteryzuje się połączeniem w ramach państw narodowych gospodarki kapitalistycznej, kultury liberalnej i demokracji parlamentarnej, znajduje się w fazie niestabilności. Wyłonić się z niego mogą dwa różne porządki: bardziej demokratyczny, egalitarny i otwarty, lub wręcz przeciwnie – dojść może do ponownej militaryzacji ładu światowego, upadku instytucji międzynarodowych, regresu praw człowieka i ogólnie powrotu do paradygmatu Realpolitik, który znamy z historii. Wallerstein uważa, że w obliczu systemowej niestabilności powinniśmy poświęcić się utopistyce, czyli budowaniu i analizowaniu możliwych scenariuszy historycznego rozwoju8. Dzięki temu jest bardziej prawdopodobne, że uda nam się pokierować rozwojem sytuacji w pożądanym przez nas kierunku.

Koniec ropy
„Ile jeszcze zostało ropy naftowej?” – to pytanie co jakiś czas wywołuje żywe dyskusje w mediach. Jest ono źle postawione. Ropy jest dużo, mało jednak ropy taniej. Nie jest najważniejsze, kiedy się ona skończy, ale kiedy jej roczne wydobycie osiągnie szczyt i zacznie spadać. W latach pięćdziesiątych XX wieku geolog M. King Hubbert przewidział, że wydobycie ropy naftowej w USA osiągnie maksimum w późnych latach sześćdziesiątych lub na początku siedemdziesiątych. I tak się stało. Hubbert twierdził również, że szczyt globalnej produkcji przypadnie na pierwsze dwie dekady XXI wieku, ale na razie przepowiednie te nie są potwierdzone i wydobycie wciąż rośnie. Koniec ropy naftowej będzie oznaczał gigantyczne zmiany. Przeważnie kojarzymy go z kilometrowymi kolejkami do stacji benzynowych. Ale ropa jest również podstawą działania przemysłu petrochemicznego, który produkuje kosmetyki, lekarstwa i setki tworzyw sztucznych. Znalezienie ich tanich zamienników będzie zapewne jednym z głównych wyzwań drugiej połowy XXI wieku.

Koniec wody
Chociaż woda jest najbardziej popularną substancją występującą na Ziemi, ilość słodkiej wody zdatnej do wykorzystania przez ludzi jest niewielka i wynosi zaledwie 1 procent ogólnych zasobów. Jest to niewiele w porównaniu z naszym rosnącym apetytem. 70 procent globalnego zużycia wody idzie na irygację, 20 procent pochłania przemysł, a konsumpcja indywidualna to jedynie 10 procent. Do samej tylko produkcji żywności potrzeba 500 razy tyle, ile jej pijemy, czyli ok. 1000 litrów na osobę dziennie.

Wyczerpanie zasobów wody oznaczać będzie oczywiście klęskę większą niż koniec ropy naftowej. Niektórzy przewidują, że w ciągu najbliższych kilku dekad dojdzie na tym tle do konfliktu między południem Stanów Zjednoczonych działającym w sojuszu z Meksykiem a północą USA i Kanadą, bo linia podziału interesów przebiega w tym wypadku dokładnie w poprzek kontynentu północnoamerykańskiego. Nawet jeśli nie dojdzie do realizacji tak czarnych scenariuszy, problem dostępu do wody wygeneruje w niedalekiej przyszłości napięcia i konflikty większe niż kiedykolwiek wcześniej.

Zmiany demograficzne
W drugiej połowie XX wieku ludzkie życie bardzo się wydłużyło. W krajach rozwiniętych aż o 20 lat. W niektórych państwach, jak na przykład w Hiszpanii, w ostatnim stuleciu podwoiła się średnia długość życia. W większości krajów Zachodu najszybciej zwiększającą się grupą wiekową stanowią osoby po osiemdziesiątym roku życia. Trend ten utrzyma się w najbliższych kilku dekadach. Człowiek jako istota biologiczna zaprogramowany jest na maksimum 120 lat życia i postęp technologiczny będzie przesuwał średnią długość życia w kierunku tej granicy. Dzieci urodzone dzisiaj mają już prognozowaną dożywalność 100 lat.

To wszystko odciśnie gigantyczne piętno na naszych społeczeństwach. Zaczynamy już odczuwać kryzys modelu bezpieczeństwa socjalnego opartego na tzw. kontrakcie pokoleń. Nie mamy dobrej alternatywy, bo system sprywatyzowany nie zdaje egzaminu (ponieważ wyklucza spore grupy ludzi i zapewnia świadczenia na niskim poziomie). Demografia w najbliższym czasie wymusi też poważne zmiany w ergonomii miejsca pracy, w budownictwie mieszkaniowym, w urbanistyce i – co za tym wszystkim idzie – w najróżniejszych standardach projektowych.

Postęp technologiczny
Nic bardziej od technologii nie przekształca świata, w którym żyjemy. Jej rozwój pociąga za sobą rosnącą emancypację i autonomię jednostek. Robimy dzisiaj samodzielnie rzeczy, które wcześniej musiały być wykonywane zespołowo, czego znakomitym przykładem są zmiany w warsztacie pracy projektanta lub rozwój technologii DTP. Podobne zjawisko dostrzegamy w zmianach sposobów spędzania wolnego czasu: gry komputerowe i kino domowe to bezpośredni produkt postępu technologicznego.

Wraz z rozwojem wiedzy naukowej i sposobów jej aplikacji rośnie pojemność tzw. infosfery i natężenie zachodzących w niej procesów metabolizmu informacyjnego. Dlatego ludziom potrzeba będzie coraz więcej „protez”, które rozszerzając zdolność mózgu do magazynowania i przetwarzania informacji, pozwolą nawigować w tej przestrzeni. W najbliższych dekadach dojdzie na pewno do pierwszych zaawansowanych prób integracji obwodów elektronicznych i nerwowych. Na polu tym są już pierwsze znaczące osiągnięcia, na przykład podłączenie kamery wideo do kory wzrokowej osoby niewidomej, dzięki czemu odzyskała ona możliwość rozpoznawania prostych kształtów. Trudno przewidzieć, gdzie leży granica możliwych innowacji tego rodzaju.

W najnowszym, 49., numerze 2+3D opublikujemy artykuł Jana Sowy o znaczeniu druku 3D dla społeczno-gospodarczego układu sił.

W najnowszym, 49., numerze 2+3D opublikujemy artykuł Jana Sowy o znaczeniu druku 3D dla społeczno-gospodarczego układu sił.

    1.    Zob. E. Sofge, The 10 Most Prophetic Sci‑Fi Movies Ever, „PopularMechanics”, http://www.popularmechanics.com/technology/industry/4256186.html.
    2.    Zob. R.K. Merton, Samospełniające się proroctwo, w: Teoria socjologiczna i struktura społeczna, tłum. E. Morawska i J. Wertenstein‑Żuławski, Warszawa 1982.
    3.    Na ten temat zob. J. Gleick, Chaos: narodziny nowej nauki, tłum. P. Jaśkowski, Poznań 1996.
    4.    Zob. D. Hofstadter, Gödel, Escher, Bach: An Eternal Golden Braid: A ­Metaphorical Fugue on Minds and Machines in the Spirit of Lewis Carroll, London 1979, s. 586–593.
    5.    Na ten temat zob. doskonały dokument Trillion Dollar Bet, scenariusz i produkcja M. Clark, PBS/Nova, USA 2000.
    6.    Na ten temat zob. np. mój tekst Wirus wolności, 2+3D 2004, nr 12.
    7.    Zob. A. Negri, M. Hardt, Imperium, tłum. S. Ślusarski i A. Kołbaniuk, Warszawa 2005.
    8.    Zob. I. Wallerstein, Utopistyka. Alternatywy historyczne dla XXI wieku, z przedmową A.W. Nowaka, [tł. I. Czyż], Poznań 2008.

Szukaj nas na Facebooku

Szukaj